Andrzej Seweryn – sesja do programu teatralnego

Andrzej Seweryn fot. Piotr Kubic

Zdjęcia do programu sztuki „Wyobraźcie sobie…” w reżyserii Jerzego Klesyka, z Andrzejem Sewerynem w roli głównej zostały wykonane w najprostszych, żeby nie powiedzieć – spartańskich warunkach. Wiedziałem, że sam spektakl rozegra się w minimalistycznej, prawie nie istniejącej scenografii. Aktor będzie miał drobne rekwizyty i kilka wariacji kostiumu. W tej sytuacji należy się spodziewać, że światło spektaklu odegra niebagatelną rolę. Ale nie podczas sesji zdjęciowej do programu – ponieważ wtedy światło spektaklu jeszcze nie istniało.

Andrzej Seweryn w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, fot. Piotr Kubic

To aktor, Andrzej Seweryn, swoją rolą miał stworzyć przedstawienie, przede mną pozostało zadanie, aby tylko z jego gry, postaci, twarzy i gestów, posiłkując się drobnymi dodatkami – rekwizytami – stworzyć zestaw kilkunastu spójnych, ale i różniących się między sobą, ciekawych zdjęć.

Andrzej Seweryn, fot. Piotr Kubic

Miałem tylko jedną próbę, przyjęto założenie, że fotografuję z akcji, bez zatrzymań czy powtórzeń. Mogłem jednak dowolnie poruszać się po scenie i zbliżać do aktora, co okazało się kluczowe dla tej sesji.

Andrzej Seweryn, fot. Piotr Kubic

Oświetlenie – to kilka reflektorów świecących na wprost sceny, czyli coś, co pod względem fotograficznym jest mało obiecujące… Jednak udało się otrzymać materiał zawierający na tyle różnych spojrzeń, że mogłem wybrać określony sposób widzenia – uciekając od najbanalniejszych kadrów, i nie popadając w przerysowanie, o co dość łatwo gdy fotografuje się tak ekspresyjną postać i twarz tego znakomitego aktora.

Szerszy zestaw zdjęć można zobaczyć tutaj.

Serdecznie dziękuję za okazane zrozumienie, pomoc i znakomitą współpracę Jerzemu Klesykowi i Andrzejowi Sewerynowi.

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, „Wyobraźcie sobie…”, reż. Jerzy Klesyk.

Styl fotografa i kompromisy

Witam Pana Piotra!

Dzięki ze ten kursik. Imponuje mi Pan swoim profesjonalizmem. W pkt. 1 porusza Pan linie wizji teatru, zleceniodawcy, a gdzie w tym wszystkim styl artysty fotografa? Na jakie kompromisy jest Pan w stanie pójść, a gdzie jest granica, której Pan nie przekroczy (wyłączamy tutaj z rozważań gażę)?

Serdecznosci
Elik

Dziękuję za wpis i miłe słowa!

Spróbuję odpowiedzieć na pytania. Gdzie jest miejsce na styl artysty fotografa? Wbrew pozorom nie zostaje go tak mało. To kompozycja kadru i oświetlenie – sprawy niebagatelne. Pozostaje również moment naciśnięcia spustu, a on jest wynikiem tego, co widzi, albo chce widzieć fotograf. Fotografowie portreciści są świadomi tego, jak bardzo zmienia się twarz człowieka w zależności nie tylko od kąta patrzenia obiektywu i oświetlenia, ale również – w ułamkach sekund jak różne mogą być napięcia mięśni twarzy, jak najróżniejszy jej nastrój, wyraz. Zaś te ostatnie zależą od atmosfery sesji, którą tworzy ostatecznie właśnie fotograf. To jego sposób nawiązania kontaktu z modelem tworzy portret, bo na samym końcu tego łańcucha marketingowo-reżyserskiego, kostiumowego i oświetleniowego pozostaje w końcu tylko model oraz fotograf, sam na sam, choćby nie wiadomo ile osób uczestniczyło w sesji.

Stąd kluczowa jest wrażliwość fotografa na ludzi w ogóle. W trakcie sesji powstaje pewna intymna linia i wtedy jest szansa na ciekawe, „głębsze” zdjęcie. Uważam, że aparat tylko rejestruje tę linię porozumienia.

W każdej sesji, przy wydawało by się najbardziej banalnym zdjęciu, walczę o to, aby pozostał mój „odcisk”. Czasem oczekiwania zleceniodawcy są jak najbardziej banalne, nic dziwnego, bo reklama często ma dotrzeć do szerokich mas. Ale wierzę, że nawet w pozornie banalnym zdjęciu można zawrzeć „coś”, co przyciągnie uwagę bardziej zaawansowanego miłośnika fotografii.

Czy jest granica, której nie przekroczę? Tak, choć trudno ją wyznaczyć słowami. Po prostu nie naciskam spustu, kiedy nie akceptuję tego, co widzę. Drugi etap weryfikacji następuje przy selekcji zdjęć. Nigdy nie oddaję wszystkich zdjęć, które zrobiłem, bez choćby wstępnej selekcji. Warto pamiętać o zasadzie – lepiej mniej niż więcej.

Bardzo źle znoszę sztuczność, która jest pozowana na naturalność. Nie akceptuję „zmyłek”, wpuszczania widza w maliny, zresztą to zawsze obraca się przeciwko temu, kto takie metody stosuje.