Marynarka

Zrobiłem zakupy w fabryce i jak najszybciej chciałem rozliczyć zaliczkę, bo na to zadanie pozostał mi tylko jeden dzień. Chodziłem w kółko po moim pokoju próbując ustalić w myślach od czego zacząć, gdy wzrok mój padł na szafkę. Dokładnie – między dwiema szafami w moim pokoju jest niewielka szczelina, akurat taka, aby zmieścił się w niej wieszak. Wisi na nim marynarka. Dawno jej nie wkładałem. Ma łaty na łokciach i uniwersalny odcień, pasujący do wszystkiego. Uratowała mnie kiedyś, kiedy wybierałem się na otwarcie własnej wystawy i na śmierć zapomniałem, że na wernisażu dobrze jest być ubranym trochę inaczej niż zwykle.

Pomyślałem, że rozliczenie zaliczki jest na tyle szczególnym momentem, by znów włożyć marynarkę. Zdjąłem ją z wieszaka i wcisnąłem ręce w rękawy poprawiając kołnierz. Kiedyś Grzegorz, kierownik krawców, zaszył mi rozdarcie w podszewce i marynarka była całkiem w porządku. Mam u siebie dwa lustra, służą modelom podczas sesji fotograficznych. Przeglądnąłem się – było OK.

W sekretariacie poprosiłem o odpowiedni druk „rozliczenia zaliczki”. Sekretarka Ela powiedziała, żebym wziął kilka. Odpowiedziałem, że potrzebny mi jeden. Ona na to, że może za pierwszym razem mi się uda. Jej sugestia przeszła mi obok uszu. Wypełniłem druk najlepiej jak umiałem i poszedłem do Waldka, dyrektora technicznego. To facet w moim wieku, równy gość, sądzę, że jesteśmy dobrymi kolegami. On rzucił okiem na fakturę i zamyślił się. Przyszło mi do głowy, że gdyby w jego gabinecie można było palić, to zapaliłby papierosa. Podzielił zakupy na trzy części – z pierwszej części stworzył komplet, który zostanie dołączony do posiadanego już urządzenia. Druga część stworzy samodzielny, nowy zestaw, a trzecia część (stabilizator do kamery) otrzyma niezależny numer ewidencyjny. Podyktował mi, co mam napisać. Potem sekretarka przybiła na fakturze trzy różne pieczątki, na których mieli się podpisywać po kolei – dyrektor techniczny, księgowa i naczelny. Czwarta pieczątka została przybita na druczku rozliczenia zaliczki.

Techniczny złożył kilka podpisów w odpowiednich miejscach, jakby znał je na pamięć i nawet nie musiał patrzeć, gdzie dokładnie podpisuje. Potem powiedział, że powinienem iść. Do magazynu. Bo magazynier musi wciągnąć zakup do ewidencji. Poszedłem.

Dzień dobry! powiedziałem i zacząłem wyjaśniać. Że wziąłem zaliczkę, kupiłem to i owo i teraz chcę rozliczyć. I żeby rozliczyć potrzebuję mieć numer ewidencyjny stabilizatora kamery. Magazynier już oglądał w skupieniu fakturę i powiedział, że aby nadać numer ewidencyjny musi mieć pismo od kierowniczki administracji w sprawie „otwarcia pola wpisowego”. Taka jest procedura, bo akurat mamy spis ewidencyjny, więc nie ma innej drogi. Chciał to wszystko sam załatwić, ale zacząłem się obawiać, czy zdąży na jutro, kiedy kończy mi się czas na rozliczenie. Nie miałem pojęcia, jakie konsekwencje mnie czekają, gdyby co; mogłem przypuszczać, że poważne. Zaproponowałem, że sam, i to zaraz, pójdę do kierowniczki.

Kierowniczka, zobaczywszy mnie w drzwiach, nie uśmiechnęła się na moje dzień dobry. Zacząłem wyjaśniać, że pobrałem zaliczkę, dokonałem zakupów, a teraz chciałbym ją rozliczyć, oddać fakturę oraz nadmiar pieniędzy. W tym celu byłem już w magazynie, gdzie powiedziano mi, że trzeba otworzyć pole wpisowe, a to może zrobić tylko kierowniczka administracji. Dlatego właśnie przyszedłem i że bardzo żałuję, że nie mam wyjścia i muszę przeszkadzać.

Kierowniczka załamała ręce i powiedziała, że „już nie ma siły” i „czy musimy kupować najwięcej właśnie wtedy, kiedy jest spis z natury”. Że jej pismo „musi podpisać dyrektor naczelny, a nie wiadomo, czy jest”. Powiedziałem, że przed chwilą go widziałem (naprawdę widziałem) i że sam mogę iść do niego z pismem. Jakim pismem? Specjalnym pismem otwarcia pola, którego wzoru zaczęła szukać w komputerze i nawet szybko znalazła. Przerobiła w nim datę i jeszcze parę innych szczegółów, których znaczenia nie miałem pojęcia. Wydrukowała.

Teraz do dyrektora. Był u siebie, nikogo nie przyjmował, drzwi były lekko uchylone, za nimi zobaczyłem jego postać za biurkiem i ekranem komputera, w podniesionej dłoni trzymał na wysokości oczu kilka białych kartek A4. Sekretarka, zapytawszy mnie zdawkowo o co chodzi i nie słuchając odpowiedzi, gestem wskazała na drzwi i powiedziała „wchodź”.
Wszedłem czując się niezręcznie, bo przerywam skupienie naczelnego, zresztą podobnie się czułem przerywając skupienie wszystkich spotkanych do tej pory osób. Wszyscy mają dużo pracy i niespodziewane zjawienie się nieoczekiwanej postaci nie może być przyczyną ich zachwytu. Przeprosiłem i zacząłem wyjaśniać, że zrobiłem zakupy i że chcę rozliczyć zaliczkę, że potrzebuję numer ewidencyjny, a w tym celu magazynier musi przyjąć sprzęt na stan, a ponieważ tak się składa, że akurat mamy spis „z natury” więc trzeba „otworzyć pole wpisowe” u kierowniczki, czego nie da się zrobić bez podpisu samego naczelnego. Naczelny szybko podpisał nie zadając dodatkowych pytań. Odetchnąłem.

Wróciłem do kierowniczki, ona skserowała pismo z podpisem dyrektora, jeden egzemplarz zostawiła u siebie, a dwa inne dała mnie – jeden z nich miał pozostać w magazynie, a drugi – w księgowości. Gdy mi je podawała wysunęły się jej z dłoni, a ponieważ dwiema dłońmi nie była w stanie przytrzymać trzech egzemplarzy, jeden z nich już miał spaść na podłogę; błyskawicznie go złapałem, tak jakby jego upadek miał nastąpić w bezdenną otchłań, z której nie mógłbym go wydostać, że straciłbym go bezpowrotnie i potem musiałbym zaczynać wszystko od początku.

Wróciłem do magazyniera, on pokazał mi już wypełniona kartę przyjęcia. Dał mi ją i powiedział, że kierowniczka administracji ma się na niej podpisać. Wróciłem do niej (to tylko piętro niżej), była na powrót skupiona przed ekranem komputera, ale odwróciła się do mnie i od razu podpisała. Ucieszyłem się. Jak do tej pory, nawet gładko to idzie.
Wróciłem do sekretariatu, który jest dwa piętra niżej niż magazyn i jedno piętro niżej niż kierowniczka administracji. Sekretarka zobaczyła, że mam kartę przyjęcia sprzętu i powiedziała, że na niej też ma się podpisać dyrektor. Czy zobaczyła moje zaskoczenie, czy wahanie, dość, że sama weszła do naczelnego (który, szczęściem, był, i u którego ciągle nie było nikogo) i po sekundzie wróciła z podpisem, zresztą nie jednym, bo naczelny podpisał od razu i w innych miejscach – na wszystkich pieczątkach na odwrocie faktury oraz na druczku rozliczenia zaliczki. Byłem jej za to wdzięczny w sposób niekłamany i radosny, byłem wdzięczny naczelnemu, wdzięczność przelewała mi się między policzkami. Tym bardziej, że sekretarka powiedziała mi, że to chyba wszystko.

Miałem już plik dokumentów i chciałem wrócić do mojego dyrektora technicznego, żeby prosić o ostateczną doradę. Lecz jego nie było. Wyszedł w pilnej sprawie, miał być na terenie zakładu, ale w końcu poszedł załatwiać coś ważnego na mieście. Postanowiłem, że skoro mam już (zdaje się) wszystko, to sam pójdę do głównej księgowej. Czułem, że ryzykuję, gdyż w kwestiach księgowych nie udawało mi się utrzymać konwersacji.

Drzwi jej pokoju były zamknięte i nie wiedziałem, co zrobić. Zapytałem sekretarkę. Ona podeszła i zapukała, zaglądnęła i odwróciwszy się do mnie oświadczyła, że główna księgowa może mnie przyjąć; zostałem zaanonsowany.

Wszedłem, a główna księgowa od razu zaczęła oglądać dokumenty, które przyniosłem. Poczułem ulgę, że nie zaczyna od pytań. Szybko wyszło na jaw, że procedurę rozliczenia przeprowadziłem w nieprawidłowej kolejności. Na samym początku fakturę powinna sprawdzić księgowa pani Zdzisia, specjalizująca się w fakturach. Gdyby się okazało, że dokument zawiera błędy merytoryczne… Na przykład, zamiast „Melchiora Wańkowicza” widniało „Melchiora Wańkiwicza”, to wszystkie moje dotychczasowe wysiłki byłyby daremne. Niepotrzebnie sekretarka obijałaby fakturę pieczątkami, niepotrzebnie angażowałbym magazyniera, kierowniczka administracji niepotrzebnie zajmowałaby się otwieraniem pola wpisowego, naczelny – składaniem podpisów na pieczątkach, a główna księgowa – przyjmowaniem mnie teraz.

Utknę teraz, pomyślałem i przymknąłem oczy, ale oto główna księgowa ofiarowała swoją pomoc i sama, osobiście, sprawdziła fakturę. Myślę, że nikt nie zrobiłby tego lepiej, w dodatku wszystko okazało się być w porządku. Nietrudno więc domyślić się, że odetchnąłem. Potem zaczęła czytać na głos opis faktury, który zrobiłem na odwrocie pod dyktando dyrektora technicznego. Jednak zwracała się do mnie tak, jakbym to ja wymyślił ten opis. Czułem się niezręcznie, bo z wymyślaniem opisów mam niewiele wspólnego, zawsze piszę to, co mi każe ktoś z przełożonych. Nie protestowałem i nie próbowałem niczego tłumaczyć, zresztą pod opisem, który tym razem był bardzo skomplikowany i składał się z trzech obszernych części, widniało moje nazwisko skreślone moją ręką. Czekałem co dalej.

Księgowa doceniła to, że stabilizator został już wciągnięty do ewidencji. Ale dodała zaraz, że wciągnięty do ewidencji powinien zostać również samodzielny komplet. A tę ewidencję, z uwagi na niższą wartość kompletu, prowadzi nie magazynier, lecz kierownik techniczny.
Wypadłem z gabinetu księgowej i pobiegłem piętro wyżej. Kierownik techniczny ma swój gabinet obok pokoju kierowniczki administracji. Była u niego pani projektantka wnętrz, prowadzili poważną rozmowę o kolejnych zakupach, ja czekałem. Usiadłem na małej, stylizowanej kanapie pochodzącej z produkcji fabryki. W tej chwili poczułem, że zrobiło mi się gorąco (fabryka mieście się w budynku o wysokich stropach, w starym budownictwie, bieganie po schodach wymaga drobnej zaprawy). Ściągnąłem marynarkę i przewiesiłem ją przez ramię.

Kierownik nie znał mojej sprawy, więc gdy nadeszła moja kolej zacząłem wyjaśnienia, że chcę w terminie rozliczyć zaliczkę, że zakupy zostały podzielone na trzy części przez dyrektora technicznego i że mam już numer ewidencyjny do stabilizatora, wskutek założenia pola wpisowego, ze względu na dokonywany właśnie spis „z natury”. A teraz potrzebuję numer do kompletu stanowiącego samodzielny zestaw.

Kierownik, ze zrozumiałych względów, musiał się zapoznać z całością sprawy i zaczął badać fakturę, jej opis, pieczątki, podpisy. Pomagałem mu, tłumaczyłem, wyjaśniałem i skracałem zbędne wątki, aby wszystko zabrało mniej czasu i by oszczędzić kierowniczą pamięć, intelekt i emocje. Kierownik potrzebował chwili do zastanowienia, analizował to, co właśnie usłyszał (podobnie jak wszyscy poprzedni odpowiedzialni pracownicy analizowali, nie zawsze wspominam o tym, ale to normalne, bo dla każdego ta sprawa było nowością, a potencjalne zaniedbanie groziło poważnymi następstwami).

Kierownik wyraził zdziwienie, że stworzony został komplet z rzeczy, które nie muszą tworzyć kompletu. Jednak tego nie można było już cofnąć. Kierownik otworzył jeden ze swoich grubych zeszytów i zaczął do niego wpisywać numer ewidencyjny, numer faktury, nazwę kompletu i datę. Potem podał mi zeszyt do podpisu, mającego świadczyć o tym, że komplet otrzymałem (co było rzeczywiście faktem, ponieważ sam go przyniosłem ze sklepu). Numer ewidencyjny, wraz ze swoim z kolei oświadczeniem i podpisem, kierownik naniósł na odwrocie faktury, tuż obok numeru i oświadczenia napisanego przez magazyniera, obok trzech pieczątek, obok moich kilku zdań opisu i obok rzeczowego podziału na komplety.

Wróciłem do głównej księgowej. Główna księgowa sprawdziła jeszcze raz wszystko i zapytała, czy magazynier dopisał do kompletu z aparatem fotograficznym artykuły wymienione przeze mnie w trzecim członie opisu faktury. Mówiąc szczerze – powiedziałem sobie w duchu – nie dopisał i spojrzałem na księgową. Zobaczyłem w jej twarzy, że usłyszała moje myśli, więc zbędne stały się moje jakiekolwiek słowa, oświadczyłem szybko, że zaraz pójdę do magazyniera i mu o tym powiem.

Wtedy główna księgowa wyraziła swoje szczególne, ostateczne zrozumienie i kilkoma sprawnymi pociągnięciami uzupełniła wszystkie brakujące podpisy wszystkich pozostałych księgowych (ma do tego prawo, jest przecież główną księgową). Zapytała, czy mam pieniądze do zwrotu jako naddatek zaliczki. Miałem je oczywiście i przeczuwając (z nadzieją), że zbliża się koniec wszystkich procedur, czym prędzej pokazałem je na wyciągniętej przed siebie dłoni. Przekraczały kwotę, którą miałem oddać, o jeden grosz. Główna księgowa bez zwlekania wysunęła szufladę swojego biurka, w której, gdy zerknąłem, nie mogłem rozpoznać niczego, co mógłbym nazwać. Może zszywacz, może jakieś druczki, może przybory do pisania…? Główna księgowa sięgnęła precyzyjnie we wiadome sobie miejsce i wyjęła grosz, który, zgodnie z rozliczeniem, powinien mi być zwrócony. Wydawało mi się to śmieszne, ale stłumiłem śmiech, a jego resztki pokryłem wyrazem szczęścia i zadowolenia. Przez moment myślałem, żeby kurtuazyjnie zaoponować, ale szybko się powstrzymałem. Czy to jeden grosz, czy jeden tysiąc, czy milion – w księgowości nie czyni to różnicy, rachunek musi się zgadzać.

Na klatce schodowej odetchnąłem. Na zewnątrz słońce musiało właśnie wyjść spoza chmur, bo przez wysokie okna zaszklone żółtawo pomarańczowym szkłem wpadało jasne, ciepłe światło. Była druga po południu. Czy to naprawdę koniec?

Miałem niezwykłe szczęście. Magazynier, dziwnym trafem, był w magazynie, choć właśnie przeprowadza „spis z natury” i mógłby być w piwnicy, na jednej z trzech naszych hal, na którejś z oddalonych filii, w kotłowni, w pracowni malarskiej, krawcowych, sprzątaczek,  elektryków, w dziale księgowości, marketingu, kreacji, kadr, mógł spisywać maszyny i urządzenia w warsztacie ślusarzy i stolarzy, mógł nawet, stojąc na ulicy, sprawdzać, czy na miejscu znajduje się budynek fabryki. Lecz magazynier siedział u siebie w magazynie! Na ostatnim piętrze na poddaszu, i palił papierosa w miejscu do tego przeznaczonym. Siedział tam i palił, gdy przychodziłem do niego pierwszy, drugi i trzeci raz. Niezwykłe szczęście!
Kierowniczka administracji nie potrafi nikomu niczego odmówić, rzuciła swoją robotę i napisała mi „otwarcie pola”. Główna księgowa nie zajmowała się akurat ważniejszymi sprawami i mogła rzucić okiem na rozliczenie skromnej zaliczki. Kierownik techniczny, który zwykle w biegu prowadzi rozmowy, był w swoim pokoju, co jest rzadkością. Dyrektor nikogo nie przyjmował, nigdzie nie wyszedł i bez słowa podpisał plik dokumentów.

Jak to się stało możliwe? W drodze do mojego pokoju, schodząc wolno wysokimi schodami, poszukiwałem odpowiedzi na to pytanie i przetrząsałem w pamięci wszystkie szczegóły. Ale nie mogłem znaleźć niczego, co wyjaśniałoby ów niezwykły traf. Nic, żadnego znaku znikąd, żadnego przeczucia, wskazania, żadnego tropu. Jedyna rzecz, która przyszła mi do głowy, inna niż zwykle, była przewieszona przez moje ramię. To marynarka. Kilkunastoletnia, brązowa z lekkim odcieniem zieloności, pasująca prawie do wszystkiego. Tak, to musiała być ona. Rozciągnąłem ją podnosząc na wyciągniętej ręce do góry. Rozchylając poły ułożyłem na wieszaku. Potem wsunąłem w szczelinę między szafami. Doprawdy nie mam pojęcia, kiedy następnym razem pobiorę kolejną zaliczkę. Ale również wtedy – niech marynarka mi pomoże. Proszę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.