To przykład z magazynu The Rolling Stone, przykład pochodzi ze strony http://www.pixiq.com/article/rolling-stone-image-editing. Szybkie porównanie wskazuje, że nie dokonano wielu zmian….

To przykład z magazynu The Rolling Stone, przykład pochodzi ze strony http://www.pixiq.com/article/rolling-stone-image-editing. Szybkie porównanie wskazuje, że nie dokonano wielu zmian….

Zabawa w zdjęcia poklatkowe i składanie z nich filmu. Znalazłem w sieci, fajne
http://www.yeeeeee.com/2008/11/19/experimental-stop-motion-photography-6-pics/
Natrafiłem na taki temat na forum fotopolis.pl. Dwa zdjęcia, które tutaj cytują z tamtego wątku, mówią same za siebie.

fot. Paul Hansen

fot. Nathan Weber
Pierwsze zdjęcie – taki właśni widok prezentowany jest np. w prasie, na wystawach. Drugie zdjęcie przedstawia sytuację od innej strony. Mało kto jest świadomy, że miejsca tragedii, o jakich mówi się na całym świecie, stają się teatrem, uproszczeniem, na bazie rzeczywistości – ludzkich nieszczęść, przeżyć – które muszą zostać spłaszczone, uproszczone, musi im zostać nadana „odpowiednia” forma, aby dotarły do kogoś innego.
Przeżywane dziesiątki razy, w ulicznym pośpiechu, zamyśleniu, wreszcie chęć, żeby o tym napisać. Na ulicy pół chodnika zajmują parkujące samochody, z drugiej strony – schody i zejście do pubu, w środku przystanęła kobieta w czarnym płaszczu, wysoka, siwa, przykłada komórkę do ucha. Pojawiający się za nią chłopak, szczupły, a z przeciwnej strony – idący ja; spotykamy się, w ułamek sekundy mierzymy wzrokiem, bo jak tu przejść. I to, co lubię, co napełnia mnie drobną nadzieją w tym mrówczym miejskim cyklu automatycznych, bezmyślnych odruchów – kobieta nieznacznie uchyla się, młody chłopak przystaje, a ja, w odpowiedzi, nie śmiem przejść pierwszy, więc delikatnie się mijamy, wyczekując, nie patrząc, wyczuwając.
Kilka kroków dalej, na skrzyżowaniu, stara, chuda dozorczyni zamiata liście wzdłuż krawężnika w świetle ulicznych lamp.
- Jakie ładne… – są czysto żółte, lekkie, niepomięte.
- Co pan mówi?
- Mówię, że ładne…
- Tak panie, trzeba zmieść dzisiaj, bo do jutra będzie gnój. Jak popada.
- No tak. A będzie tego jeszcze więcej.
- E panie, więcej już nie będzie. Niech pan patrzy.
Patrzę w górę, rzeczywiście, na gałęziach już niewiele…
- No to dobrze, że będzie mniej.
- Co pan mówi?
- Że lepiej będzie, bo będzie mniej.
- E, panie, to przyjdzie śnieg. Ze śniegiem to dopiero będzie.
Ma kobieta rację, przyznaję. Co by tu powiedzieć?
- A na wiosnę?
- …panie, a kto wie, czy dożyjemy do wiosny.
Znów ma rację.
- Idzie pan do kościółka? – przed nami, w tle, również na żółto, kościół karmelitów.
- Nie, ja jeszcze do pracy.
- No to niech pan idzie, bo się pan spóźni.
Tuż za drzwiami wejściowymi i krótkim korytarzykiem z dwoma oknami prowadzącymi do portierni, otwiera się w poprzek główny korytarz, z ladą na pierwszym planie i napisem: portiernia, szatnia obowiązkowa.
Chwila zawahania – i już starszawy portier, brzuchaty i łysawy, z dużymi szkłami okularów, trochę grubymi, zapytuje: państwo do kogo.
Rozglądając się po korytarzu można pożałować, że nie przyszło się jednak o siódmej trzydzieści rano, tylko o dziewiątej. Poczekalnia przypomina te na dworcach pkp, z pasażerami oczekującymi od nie wiadomo jak długo, na nie wiadomo kiedy nadjeżdżający pociąg. Rzędy plastikowych krzeseł, zamocowanych na wspólnej belce, są zwrócone w stronę świetlnej tablicy. Tu – zamiast godzin przyjazdów i odjazdów – symbole gabinetów wraz z numerkami.
Kolejka do rejestracji. Tam z przodu, przy okienku, starszy pan:
- Ja do ustalenia terminu.
- To na marzec – pada z drugiej strony – chciałby pan w innej klinice?
- Nie nie, w końcu dostałem skierowanie tutaj…
Jest kwiecień. Zakładając, co bardzo prawdopodobne, że klinika nie zapisuje na terminy wstecz, ani nie potrafi odwracać biegu czasu, można wnioskować to, co można wnioskować w tej sytuacji. Można wnioskować też i inne rzeczy, które, stojąc w owej kolejce, można zawczasu przemyśleć, przygotować odpowiedź. Jakąś wymówkę, usprawiedliwienie, albo nakreślenie sytuacji, nienachalne uspokojenie, delikatny uśmiech, albo nawet grymas – zawodu czy pokory…
W poczekalni – oczywiście porządnie, schludnie, wszystko jest pod kontrolą, każdy czeka na numerek, spokojne głosy rejestratorów (jest jeden młody mężczyzna) powiadamiają o wszystkim, nie cofają się przed żadnym pytaniem, wyjaśniają, jeśli trzeba, to głośniej i powoli, i jeszcze raz, bez drgnienia powieki, zmarszczenia twarzy. Tak!
Obawy płonne, zresztą, nie mogły być inne… Nie wszyscy jednak muszą czekać następnej wiosny. Pod gabinetem biały fartuch, pielęgniarka, od drzwi otwartych do drzwi zamkniętych, i od zamkniętych do następnych, otwiera je, zamyka… W chłodnym świetle korytarza pobłyskują błyskawicznie jej czerwonawe oprawki okularów:
- Tu za dużo pacjentów, tu nie czekać, w poczekalni; pan teraz, potem pani; pacjentka z ostrego – panie Zdzisiu, przyniesie pan krzesło, gdzie mam posadzić.
Pan Zdzisiu, portier. Wracając, zakłada ręce z tyłu.
- Doktor Marek operuje ucho, może za czterdzieści minut – czerwone oprawki drgają w rytm słów – Nie wiem, tak, może, czekać, nie poradzę.
Doktor Marek, wysoki i chudy, lekko siwiejące włosy, żwawy; głos dźwięczny, ciepły, słowem, przystojny:
- Pani Ewo, gdzie ja mogę przyjąć?
- Wszystko zajęte, może na strobo?
- Na strobo… ale co ja na strobo… no dobrze, na razie na strobo. Kartę trzeba wyciągnąć.
Nieduży mężczyzna w brązowym garniturze sprzed
trzydziestu lat, z grubym krawatem, którego gładki materiał to kontrast do
pomarszczonej twarzy; gorliwie:
- Panie doktorze, już wyciągnąłem.
Strobo zdaje się też zajęte, doktor Marek zagląda do gabinetów:
- Halinko, masz teraz fotel wolny, ja dosłownie na minutkę, nie pogniewasz się? Nie mam gdzie przyjąć pułkownika Armii Krajowej.
Halinka pochylona nad biurkiem, pisze, z drugiej strony pacjent, pochylony nad biurkiem. Halinka do doktora Marka:
- A pamiętasz zapalenie ślinianki?
- ka jedenaście, Halinko, inne choroby ślinianki – doktor Marek.
Doktor Marek wyciąga z kąta aparat na kółkach, pułkownik już na fotelu, Halinka do pacjenta:
- Przydałby się panu rezonans – do doktora Marka – A jak u nas z rezonansem?
- Zepsuty. Ale jak napiszesz na skierowaniu, że pilne…
- Pilne nie pilne, zepsuty nie zepsuty… Fundusz nie daje, wszystko postawione na głowie.
Doktor Marek i pułkownik znikają w ukłonach. Halinka odwraca się do fotela:
- Sprzątać po nim mam, wpadł, aparat wyciągnął, kable zostawił, żebym się przewróciła? A to co?!
Na małym stoliku na kółkach, obok pojemnika ze szpatułkami, lusterkami, wziernikami, wypinały swoje soczewki okulary pułkownika.
Fantastyczna opowieść z VII Photo Agency.W kraju zniszczonym wojną i korupcją, w Kinszasie – orkiestra, mająca próby pod płotami, w ruinach. Muzycy sami kupują instrumenty, naprawiają stare. Za grę nie otrzymują żadnego wynagrodzenia.

Trombonists practice in the back yard of the Kambangist church for their recital on the June 28 to commemorate independence day, in Kinshasa.
Adres eseju: http://www.viiphoto.com/showstory.php?nID=1032, VII Photo Agency
Więcej słów jest zbędnych, zachęcam do obejrzenia całego eseju. Marcus Bleasdale opowiedział o orkiestrze z nadzwyczajnym uczuciem, bez fajerwerków, efekciarstwa. Temat jest tu nadrzędny, a nie umiejętności warsztatowe fotografa. Pokazują one esencję muzyki jako nieziemskiego towarzysza w niedoli.
Od dziś wiadomo już, że ukaże się książka Artura Domosławskiego Kapuściński non-fiction, wydana ostatecznie przez Świat Książki. Newsweek z 28 lutego 2010 poświęca jej sporo uwagi, rozpoczynając artykułem Piotra Bratkowskiego Koniec pewnej bajki. Alicja Kapuścińska, żona sławnego reportera, próbowała zablokować publikację tej książki.
Myślę, że cykl trzech artykułów Newsweeka zasługuje na szczególną uwagę właśnie ze względu na to, że wspiera Artura Domosławskiego w jego sposobie patrzenia na Cesarza Reportażu. Bo książka (opieram się tutaj na tekstach Newsweeka) jest konsekwentnie zrealizowanym spojrzeniem na Ryszarda Kapuścińskiego jako na człowieka przede wszystkim, nie zaś bohatera, wielkiego reportażysty czy pisarza z jednej strony, lub współpracownika służb bezpieczeństwa, reportera fabrykującego fakty lub człowieka manipulującego innymi, z drugiej strony. Piotr Bratkowski ubolewa nad tym, że ciągle jesteśmy skłonni do postrzegania postaci w kategoriach zero-jedynkowych, mamy tendencję do mitologizowania naszych bohaterów narodowych, jak również bezwzględnej pogardy wobec tych, których poprzez powierzchowną obserwację uznamy za nikczemnych, tchórzy itd.
Cóż, uproszczenia są odruchem mas. Nie sądzę, aby w najbliższej przyszłości miało się to zmienić, gdyż subtelność oceny nieprzeciętnych, wielkich ludzi ciągle jest przywilejem innych nieprzeciętnych i wielkich ludzi. Bratkowski przewiduje, że książka będzie srodze krytykowana przez obie strony, mające przeciwstawne postawy wobec Mistrza. Ale na pewno znajdą się i ci, którzy docenią dążenie Artura Domosławskiego do prawdy o człowieku i powstrzymywanie się od kategorycznych ocen.
Jakże brakuje wśród twórców mediów postaw wyważonych. Takich, które nie retuszują każdej zmarszczki i nie wybielają skóry, ale również – nie doprawiają rogów.
Jak sfotografować ludzi kłębiących się do autobusu, który właśnie podjechał na stanowisko? Nie chodzi o zdjęcie ludzi po prostu, chodzi o to, jak oddać obrazem mentalność, która każe ludziom przepychać się, walczyć o miejsce w sytuacji, gdy… miejsc starczy dla wszystkich.
Tak, to zadziwiające
a jednak się zdarza i to nie tak rzadko w naszej rzeczywistości. Jakieś przekonanie, że bez walki niczego się nie dostanie…? Czy już nawyk? Tę samą mentalność widać np. na stacjach benzynowych, gdzie kolejka składa się tylko z dwóch osób, ale ktoś trzeci i tak próbuje ją ominąć. Podobna mentalność sprawia, że środkiem zatłoczonego chodnika idzie elegancka kobieta, idzie w taki sposób, jakby była na nim sama – jakby matki z dziećmi, starsi o laskach oraz ludzie z ciężkimi bagażami mieli jej ustępować drogi.
Mentalność, w której kierowcy zajmują jednym samochodem dwa miejsca do parkowania.
Słyszałem, że najtrudniej fotografować codzienność
Twarz ludzka przedstawia sobą jeden z najbardziej ekspresyjnych widoków. Jeśli w kadrze znajdzie się twarz ludzka, to przeważnie nadaje wyraz całemu zdjęciu.
Weźmy przykład dość „drastyczny” – reklamę gabinetu stomatologicznego. Jak pokazać zachęcająco gabinet stomatologiczny? Wybrałem parę stron, rzućcie okiem na zdjęcia na nich umieszczone.
Przykład 1 – chodzi o małe zdjęcia rozmieszczone w poziomie
Przykład 2 – zdjęcia podczas zabiegu
Przykład 3 – zdjęcia stomatologów pracujących w poradni
Przykład 4 – pięć zdjęć umieszczonych w pionie
Ad1 – dobrze zrobione zdjęcia pod względem oświetlenia, jakości fotografii. Dość czyste plany, choć na niektórych można by lepiej poukładać drobniejsze elementy. Patrząc jednak na te zdjęcia trudno oprzeć się wrażeniu, że przedstawiają narzędzia tortur, przygotowane do egzekucji. Brak ludzi tylko pogłębia to wrażenie.
Ad2 - zdjęcia zrealizowane podczas zabiegu, na pierwszy rzut oka, wydawać się mogą jako najlepsza reklama… Personel skupiony, sprzęt nowoczesny… A jednak – przedstawiają one moment, którego nikt z nas nie chciałby uwieczniać. Czyli siebie na fotelu dentystycznym, w sytuacji dość nieestetycznej. Zdjęcia przypominają relację z „momentu egzekucji”.
Ad3 – umieszczenie zdjęć lekarzy mogło być ogromnym plusem pod warunkiem odpowiedniej ich realizacji. Tej akurat bardzo tu zabrakło… Gdybym miał już iść w Lublinie do tej poradni, to prosiłbym o wizytę u trzeciej pani od dołu
Ad4 – popatrzcie na drugie zdjęcie. Jest trochę dziwne jak na sytuację reklamy, ale ma coś w sobie – pozytywny nastrój wnętrza, ciepłe kolory, jakiś obraz na ścianie. W kompozycji znalazł się człowiek, naturalnie zajęty pracą.
Popatrzcie też na ostatnie, piąte zdjęcie. Sytuacja, w której widz, czyli ja, wchodzę do gabinetu i napotykam wzrok szczerze uśmiechniętego lekarza, który choć zajęty pracą, to zwrócił uwagę na pacjenta. Pusty fotel, bez „nieszczęśnika”, ale mam ochotę na nim usiąść, bo jestem przekonany, że tu wszystko pójdzie jak najlepiej. Sytuacja w 100% naturalna. Wobec tego zdjęcia nawet fotografia z lewej szpalty przegrywa, ponieważ czuć w nim sztuczność i banał sesji zdjęciowej.