Zdjęcie po zdjęciach

Po skończonej próbie scena pustoszeje, zostają na niej może tylko pracownicy techniki, żeby coś poprawić, zmienić, jeśli trzeba. Fotograf też pakuje swoje zabawki, upycha w plecaku, sprawdza, czy któraś nie zawieruszyła się między rzędami foteli. Ale oto jakiś człowiek bierze jeden z rekwizytów i… zaczyna latać. Wielki ptak zatacza koła, szybuje na giętkiej tyczce pod szczyt okna scenicznego, na tle ogromnego ekranu. Czy to test? Może próba kolejnej wizji spektaklu? Albo powrót do dziecięcego świata i chwila zapomnienia. A może wszystko to naraz. Bo tym człowiekiem jest sam reżyser przedstawienia Czarnoksiężnik z krainy Oz.

Jarosław Kilian, reżyser, po skończonej próbie

Lyman Frank Baum, Czarnoksiężnik z krainy Oz, scenariusz i reżyseria Jarosław Kilian, Teatr Słowackiego w Krakowie.

Wasza opinia

Proponuję mały eksperyment. Oto cztery zdjęcia tej samej tancerki zrobionych podczas koncertu zespołu Cygańskie Gwiazdy. Popatrzcie na nie i spróbuje określić:

  1. jakie uczucia i skojarzenia wywołuje w Was każde z nich
  2. które jest dla Was najbardziej interesujące

Ja również się zastanowię i w kolejnym wpisie zrobimy podsumowanie.

Tancerka fot. 1

Tancerka fot. 2

Tancerka fot. 3

Tancerka fot. 4

Rodzina smoków

Bądźcie z nami!

Zdjęcie wykonane podczas corocznego programu organizowanego przez Stowarzyszenie Pomocy Niepełnosprawnym „Bądźcie z nami”, Teatr Bagatela, 28 kwietnia 2009. Istotą programu są występy sceniczne zespołów dzieci niepełnosprawnych ze szkół integracyjnych. W spektaklach wraz z dziećmi biorą udział ich opiekunowie, a widowiska są starannie przygotowane – z oprawą muzyczną, scenografią i kostiumami. Tutaj – mała rodzina smoków.

Hamlet

Kiedy podejmuję się fotografowania np. kolejnego spektaklu, to na początku zawsze towarzyszy temu radość. Później – skupienie, by wejść w atmosferę i sens przedstawienia. Na końcu zaś – lekkie drżenie – na ile to, co złapałem, odzwierciedla spektakl. Oczywiście zastanawiam się też nad tym, czy np. dział marketingu otrzyma to, czego potrzebuje, czyli, mówiąc już najprościej i najbanalniej – czy złapałem przynajmniej 2-3 „sensowne piony”, nadające się na plakat, citylight itd.

Poniżej – kilka zdjęć z prób Hamleta w krakowskim Teatrze Bagatela, w reżyserii Macieja Sobocińskiego. Światło, które widzicie, jest próbne i nie ma wiele wspólnego z ostatecznym.

Magda Grąziowska jako Ofelia, w tle - zwielokrotnione odbicia w krzywych zwierciadłach

Michał Kościuk, Marek Bogucki oraz Wojciech Leonowicz (jako Hamlet)

Dorota Segda (Gertruda)

Wojciech Leonowicz (Hamlet), Marcel Wiercichowski (Claudius)

Przygotowania do konwencji PO

Fotoreportaż umieszczony na portalu Wiadomości24.pl

Ten zestaw zdjęć powstał prawie przez przypadek. Miałem wykonywać zupełnie inną pracę, ale widząc, co się dzieje, wziąłem do drugiej ręki aparat. Przyznam, że chwilę się wahałem, czy warto. Nie interesuje mnie takie sobie pstrykanie, a poważne pstrykanie wymaga (jednak!) skupienia, obserwowania, słowem – wysiłku. A przecież potem trzeba to jeszcze obejrzeć, zastanowić się, czy wyszło coś, co ma sens, i tak dalej… Ale przecież nie narzekam :-)

Było warto. Fotoreportaż otrzymał wyróżnienie w przeglądzie tygodnia na portalu Wiadomości24.pl. Podsumowując – nigdy nie wiadomo, co wyniknie z pstrykania, jak i co straciliśmy, nie pstrykając.

W służbie przypadku

Kiedyś zdjęcia ze spektaklu wykonywano na specjalnej próbie, zwykle – po trzeciej próbie generalnej. Fotograf wybierał sceny i ustawiał aktorów, zgodnie z notatkami, które robił na próbach wcześniej. Miał do dyspozycji oświetleniowca, który modyfikował światło zgodnie z potrzebami fotografa oraz wymaganiami kliszy.

Teraz czas uległ kompresji, i jeśli możliwe jest zrobienie zdjęć w trakcje akcji, to reżyserzy z dezaprobatą słuchają propozycji poświęcenia części próby na zdjęcia. Lecz ta sytuacja ma swoje pozytywne strony. Jest bowiem coś szczególnego w fotografiach zrobionych w trakcie akcji, i zawsze one różnią się od scen ustawianych, nawet jeśli aktorzy wkładają maksimum wysiłku, by być naturalnymi. Zresztą, te wysiłki czasem powodują odwrotny efekt.

Intymność

Intymność, na zdjęciu Dominika Bednarczyk

Nawet takie zdjęcia, jak to. Wydaje się, że z łatwością można je zaaranżować, ale jestem przekonany, że w tej prostej sytuacji, lecz ustawionej, trudno byłoby osiągnąć taki efekt.  To przekonanie wynika z realiów teatralnych, sposobu prowadzenia prób, możliwości współpracy fotografa. Zdjęcia zrobione z akcji są bezkonkurencyjne szczególnie w tak delikatnej materii jak ekspresja postaci, uwidaczniająca się w twarzy oraz całym ciele.

To zdjęcie ma charakter symboliczny i mówi bardzo dużo o istocie spektaklu, a znaczenie mają tutaj przede wszystkim tak „drobne” detale jak wyrazy twarzy obu osób, sposób ułożenia ich ciał, ekspresja w nich zawarta. Sam chwyt polegający na zestawieniu cienia z rzeczywistą postacią ma charakter tylko ramowy, ogólnej formy, pomysłu, który został jednak wypełniony bardziej szczegółową treścią.

Znów pytanie, które już tutaj wcześniej sobie zadawałem. Ponieważ podobne zdjęcia nie powstają w sposób w pełni kontrolowany. Są one wynikiem szczęśliwego złożenia się wielu czynników, również tego, że fotograf rzucił w tamtą stronę okiem (bo jest to drobny wycinek większej sceny, pochodzący z ostatniego planu), nakierował szybko obiektyw i akurat trafił. Czy mogę zatem to zdjęcie przypisać sobie? Formalnie – tak, ponieważ to ja trzymałem aparat i nacisnąłem spust. Ale tak naprawdę…?

Hanif Kureishi, Intymność,
reżyseria: Iwona Kempa,
Teatr Słowackiego w Krakowie

Praktyczne wykorzystanie prostych zdjęć

Fotografia nie musi być przecież wysublimowana, wycyzelowana, nieskazitelnie obrobiona. Oto przykład praktycznego wykorzystania prostych zdjęć, w artykule Kierowcy, do raportu! Chęć napisania go powstała, kiedy  podczas pierwszego deszczu zwiastującego jesień, jadąc do pracy, spotykałem samochody w przydrożnych rowach.

Po Miesiącu Fotografii

Miesiąc fotografii w Krakowie minął. Ogrom zdjęć do obejrzenia, w najróżniejszej formie prezentacji, tematyce, ujęciu tematu, nie może nie pozostawić śladu, refleksji. Największe zagęszczenie dzieł miało miejsce na wystawie Aktualizacja, zaprezentowanej na ul. św Tomasza. Aktualizacja, czyli przegląd fotografii, tym razem – brytyjskiej.

Nie mogłem obronić się przed wrażeniem, że ponieważ wszystko zostało już sfotografowane, to miejsca dla mnie w fotografii już nie ma. A gdyby nawet nie zostało sfotografowane, to dołożenie czegoś nowego do tego stosu obrazów, nie ma większego sensu, bo czyż będzie ktoś miał ochotę lub zacięcie, aby to jeszcze oglądać. Wniosek to nienowy, ale w swojej sile, w pewnych okolicznościach, dojmujący.

Na szczęście ktoś potrzebuje jeszcze zwykłych zdjęć, nazwijmy je zwykłymi, choćby jak te z imprezy okolicznościowej dużej firmy, pikniku, obfitującego w atrakcje jak zjazd na linie, quady, łódki, strzelanie z łuku i wiatrówki oraz zajadanie się kiełbaskami zapijanymi piwem. Bez kompleksów, dywagowania, zastanawiania się na każdym kadrem – słowem – na luzie, popełniłem taki oto zestaw zdjęć, który obejrzawszy na spokojnie, zachwyca mnie szczerością – zarówno fotografowanych ludzi jak i moją – przed samym sobą. (Z oczywistych względów nie mogę tego zestawu zaprezentować)

Tak kojąco podziałał na mnie Miesiąc Fotografii.

Migawki z ShowOFF

Sekcją ShowOFF rozpoczął się tegoroczny Miesiąc Fotografii w Krakowie. Trzy dni „pielgrzymek” – tak można nazwać cztery następujące po sobie wernisaże w odstępach godzinnych, każdego dnia, w różnych miejscach Krakowa (lecz tak dobranych, by można było zdążyć pieszo na każdy z nich). By kontemplować projekty, warto się wybrać samotnie i nie w maratonie, lecz wernisaż ma niepowtarzalną atmosferę, związaną z samą osobą Twórcy, Gości, Kuratora. Dla mnie najciekawsze – to właśnie wpadanie z jednego klimatu w drugi, zupełnie odmienny.

Kilka moich zdjęć tutaj.

FOTOTEKA

FOTOTEKA. Piętnaście projektów w postaci książek fotograficznych.

Okulary pułkownika

Tuż za drzwiami wejściowymi i krótkim korytarzykiem z dwoma oknami prowadzącymi do portierni, otwiera się w poprzek główny korytarz, z ladą na pierwszym planie i napisem: portiernia, szatnia obowiązkowa.

Chwila zawahania – i już starszawy portier, brzuchaty i łysawy, z dużymi szkłami okularów, trochę grubymi, zapytuje: państwo do kogo.

Rozglądając się po korytarzu można pożałować, że nie przyszło się jednak o siódmej trzydzieści rano, tylko o dziewiątej. Poczekalnia przypomina te na dworcach pkp, z pasażerami oczekującymi od nie wiadomo jak długo, na nie wiadomo kiedy nadjeżdżający pociąg. Rzędy plastikowych krzeseł, zamocowanych na wspólnej belce, są zwrócone w stronę świetlnej tablicy. Tu – zamiast godzin przyjazdów i odjazdów – symbole gabinetów wraz z numerkami.
Kolejka do rejestracji. Tam z przodu, przy okienku, starszy pan:
- Ja do ustalenia terminu.
- To na marzec – pada z drugiej strony – chciałby pan w innej klinice?
- Nie nie, w końcu dostałem skierowanie tutaj…
Jest kwiecień. Zakładając, co bardzo prawdopodobne, że klinika nie zapisuje na terminy wstecz, ani nie potrafi odwracać biegu czasu, można wnioskować to, co można wnioskować w tej sytuacji. Można wnioskować też i inne rzeczy, które, stojąc w owej kolejce, można zawczasu przemyśleć, przygotować odpowiedź. Jakąś wymówkę, usprawiedliwienie, albo nakreślenie sytuacji, nienachalne uspokojenie, delikatny uśmiech, albo nawet grymas – zawodu czy pokory…

W poczekalni – oczywiście porządnie, schludnie, wszystko jest pod kontrolą, każdy czeka na numerek, spokojne głosy rejestratorów (jest jeden młody mężczyzna) powiadamiają o wszystkim, nie cofają się przed żadnym pytaniem, wyjaśniają, jeśli trzeba, to głośniej i powoli, i jeszcze raz, bez drgnienia powieki, zmarszczenia twarzy. Tak!

Obawy płonne, zresztą, nie mogły być inne… Nie wszyscy jednak muszą czekać następnej wiosny. Pod gabinetem biały fartuch, pielęgniarka, od drzwi otwartych do drzwi zamkniętych, i od zamkniętych do następnych, otwiera je, zamyka… W chłodnym świetle korytarza pobłyskują błyskawicznie jej czerwonawe oprawki okularów:
- Tu za dużo pacjentów, tu nie czekać, w poczekalni; pan teraz, potem pani; pacjentka z ostrego – panie Zdzisiu, przyniesie pan krzesło, gdzie mam posadzić.
Pan Zdzisiu, portier. Wracając, zakłada ręce z tyłu.
- Doktor Marek operuje ucho, może za czterdzieści minut – czerwone oprawki drgają w rytm słów – Nie wiem, tak, może, czekać, nie poradzę.
Doktor Marek, wysoki i chudy, lekko siwiejące włosy, żwawy; głos dźwięczny, ciepły, słowem, przystojny:
- Pani Ewo, gdzie ja mogę przyjąć?
- Wszystko zajęte, może na strobo?
- Na strobo… ale co ja na strobo… no dobrze, na razie na strobo. Kartę trzeba wyciągnąć.
Nieduży mężczyzna w brązowym garniturze sprzed
trzydziestu lat, z grubym krawatem, którego gładki materiał to kontrast do
pomarszczonej twarzy; gorliwie:
- Panie doktorze, już wyciągnąłem.

Strobo zdaje się też zajęte, doktor Marek zagląda do gabinetów:
- Halinko, masz teraz fotel wolny, ja dosłownie na minutkę, nie pogniewasz się? Nie mam gdzie przyjąć pułkownika Armii Krajowej.
Halinka pochylona nad biurkiem, pisze, z drugiej strony pacjent, pochylony nad biurkiem. Halinka do doktora Marka:
- A pamiętasz zapalenie ślinianki?
- ka jedenaście, Halinko, inne choroby ślinianki – doktor Marek.
Doktor Marek wyciąga z kąta aparat na kółkach, pułkownik już na fotelu, Halinka do pacjenta:
- Przydałby się panu rezonans – do doktora Marka – A jak u nas z rezonansem?
- Zepsuty. Ale jak napiszesz na skierowaniu, że pilne…
- Pilne nie pilne, zepsuty nie zepsuty… Fundusz nie daje, wszystko postawione na głowie.
Doktor Marek i pułkownik znikają w ukłonach. Halinka odwraca się do fotela:
- Sprzątać po nim mam, wpadł, aparat wyciągnął, kable zostawił, żebym się przewróciła? A to co?!

Na małym stoliku na kółkach, obok pojemnika ze szpatułkami, lusterkami, wziernikami, wypinały swoje soczewki okulary pułkownika.