Z życia wyborczego plakatu

Materiał został zrobiony „przy okazji” codziennych podróży i innych prac. Patrząc na kampanię wyborczą choćby od strony plakatów trudno powstrzymać się od chwycenia za aparat, zwłaszcza, że od kuriozalnych, komicznych i dramatycznych zestawień wokół aż się roi.

"Zwięrzęta dzikie" - koniec

Materiał zamieściłem na portalu wiadomosci24.pl. Traktuję go jako ćwiczenie, którego pozytywne efekty już widzę.

  1. Przede wszystkim – ciągle niesłychanie ważny jest dystans do wykonanych przez siebie fotografii, który wymaga czasu. Jeśli czas jest krótki, warto poprosić o konsultację kogoś, kto wesprze swoim świeżym spojrzeniem.
  2. Obserwacja socjologiczna – ciągle w Polsce nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo to, co robimy, świadczy o nas. Niechlujnie i bez refleksji rozwieszone plakaty świadczą o ich właścicielach. Przykłady – kliknijcie na link.
    • Plakat kandydatki sąsiaduje z reklamą „Nasze piersi nie są ani za małe ani za duże”, albo „Kury nioski tanio”
    • reklama kandydata – z reklamą „udrażniania i czyszczenia kanalizacji”
    • wzajemne zaklejanie plakatów zdaje się mówić „nasze musi być na wierzchu bez względu na szacunek, zasady, elegancję”
    • jak na zdjęciu powyżej – połączenie znaku drogowego, nazwiska kandydata oraz faktu, że stojaki „gibnęły” się tworzy kpinę; no tak, ale o aż takie dalekosiężne możliwości kojarzenia i przewidywania chyba trudno byłoby posądzić kogoś, kto je ustawiał…
  3. Zdjęciom zwykle towarzyszy tekst, więc musi on być napisany bardzo starannie, by podkreślić to, co trzeba. Może zauważyliście sytuacje, w których świetnej fotografii towarzyszy banał w postaci podpisu.

Rodzina smoków

Bądźcie z nami!

Zdjęcie wykonane podczas corocznego programu organizowanego przez Stowarzyszenie Pomocy Niepełnosprawnym „Bądźcie z nami”, Teatr Bagatela, 28 kwietnia 2009. Istotą programu są występy sceniczne zespołów dzieci niepełnosprawnych ze szkół integracyjnych. W spektaklach wraz z dziećmi biorą udział ich opiekunowie, a widowiska są starannie przygotowane – z oprawą muzyczną, scenografią i kostiumami. Tutaj – mała rodzina smoków.

Moja stacja PKP i patriotyzm

Odprowadzając rodzinę na dworzec PKP w mojej małej miejscowości, zdałem sobie sprawę, że dawno tam nie byłem, choć kilka lat wcześniej, dojeżdżając do pracy, stacja była moim szczególnym miejscem. Portem, do którego przybijałem, na który czekałem, jadąc i licząc po drodze przystanki.

Moja stacja PKP

Teraz stacja wygląda inaczej. Jakaś siła kazała mi wyciągnąć aparat, efekt możecie zobaczyć tutaj. I… zaskoczyło mnie to, że redakcja portalu umieściła ten materiał w dziale Ciekawostki.

Może nie należy wysnuwać z tego faktu dalej idących wniosków, ale… Chciałbym się roześmiać, bo przecież stacja o zamkniętych żelaznymi sztabami kasach biletowych, wcale nie jest żadną ciekawostką ani rzadkością, przeciwnie. Tak jest w dziesiątkach i setkach miejsc w całej Polsce. A może ciekawostką są ściany pomazane przekleństwami, albo żałosne reklamy zawieszone wśród odpadającego tynku?

Te zdjęcia to uczucie mojego wstydu, to chyba dość jasne. Bo te zdjęcia to nasz obraz – nas samych. Czy wstyd można zakwalifikować do działu Ciekawostki? Może już tak… Zastanawiające, że dotąd nie uważałem siebie za patriotę, ale może właśnie tak należałoby pojmować patriotyzm w obecnych czasach – jako zdolność do odczuwania wstydu za ten porządek, tę mentalność, która doprowadza miejsce naszej wspólnej użyteczności do takiego stanu.

Praktyczne wykorzystanie prostych zdjęć

Fotografia nie musi być przecież wysublimowana, wycyzelowana, nieskazitelnie obrobiona. Oto przykład praktycznego wykorzystania prostych zdjęć, w artykule Kierowcy, do raportu! Chęć napisania go powstała, kiedy  podczas pierwszego deszczu zwiastującego jesień, jadąc do pracy, spotykałem samochody w przydrożnych rowach.

Dyskwalifikacja w World Press Photo

Jedno ze zdjęć, które otrzymało nagrodę w konkursie World zostało zdyskwalifikowane ze względu na niedopuszczalną obróbkę. Na stronie PetaPixel można przeczytać o tym wydarzeniu, wraz z komentarzem fotografa oraz zdjęciami.

Zdjęcie zdyskwalifikowane, fot. Stepan Rudik

Zdjęcie oryginalne, fot. Stepan Rudik

Na pierwszy rzut oka widać, że zdjęcie zdyskwalifikowane jest drobnym wycinkiem oryginału, oraz że zostało poddane dużej obróbce. Jednak nie kadrowanie ani zmiana obrazu na czarno-biały, ani dodanie ziarna i wyciemnień było powodem dyskwalifikacji, ale usunięcie drobnego fragmentu stopy między kciukiem a palcem wskazującym. Użyto narzędzia klonowania, które jest zabronione w reportażu.

Przykład ten skłania do zastanowienia nad reportażem, nad zasadami, jakie obowiązują w fotografii reporterskiej. Przecież kadrowanie może zmienić zasadniczo znaczenie zdjęcia, podobnie jak użycie narzędzia do wyciemnień pozwala na usuwanie elementów. Ale obydwa te zabiegi są dozwolone. I na zdrowy rozsądek właśnie te operacje zmieniły wymowę zdjęcie dużo bardziej niż to nieszczęsne klonowanie, za które Stepan otrzymał dyskwalifikację.

Uczciwość reporterska to kwestia wyczucia reportera, a nie napisanych gdzieś zasad. Konkluzja to nie jest nowa :-)

Źródła fotografii: http://www.petapixel.com/2010/03/03/world-press-photo-disqualifies-winner/

Zdjęcia – tak, poziom – niekoniecznie

W poczekalni do lekarza, w naszym małym miasteczku, oglądać można gazetkę ścienną ogniska Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej. Główna jej część to zdjęcia z maratonów, które odbyły się na ulicach, zdjęcia zespołów przed meczami i ujęcia z meczów siatkówki, koszykówki i tak dalej. Patrząc na te zdjęcia trudno opędzić się od refleksji, że fotografia… nie jest łatwą dziedziną.

Być może dlatego, że oglądając na co dzień zdjęcia z ogólnopolskich dzienników i tygodników, przyzwyczajamy się do fotografii, będących wynikiem nie tylko umiejętności fotografa związanych z obsługą sprzętu, kadrowaniem, refleksem, obróbką w komputerze, ale przede wszystkim – jego wiedzą na temat fotografowanych obiektów.

Wracając do gazetki ściennej. Oto biegnie człowiek, zawodnik, uczestnik maratonu. Zdjęcie pokazuje go, jak biegnie. I nic więcej.  Nic ponad to, co stoi w samym tekście. A przecież zdjęcie może powiedzieć o wiele więcej, niż dziesiątki słów. Na przykład – czy jest to lider, czy ostatni z biegnących, jaki dystans dzieli go od reszty, czy ktoś mu kibicuje, jak przeżywa swój bieg, na ile jest zmęczony, jak wygląda droga, która ma przebyć albo już przebył, jaka to miejscowość. Niewielkie detale, jak rodzaj budynków, mijane samochody, nawierzchnia, przechodnie – to wszystko składa się na obraz maratonu. Pytanie, czy fotografowi w ogóle przyszło do głowy, aby te elementy w kadrze próbować umieścić.

Pamiętam zdjęcie, na którym para młodych ludzi przyglądała się czemuś, co leciało wysoko na niebie. On, wyciągniętą ręką, kierował wzrok dziewczyny w górę. Pamiętam dyskusję nad zdjęciem, ponieważ tej uniesionej ręki nie było – fotograf z rozmysłem i „bezczelnie” ją usunął z kadru, koncentrując się na twarzach tej pary. Ta „obcięta” ręka, była gwoździem krytyki. Ale przecież istota zdjęcia kryła się w ich twarzach – zafascynowanych obserwowanym zjawiskiem.

Współczesne media nie mogą się obejść bez obrazków, ich natłok jest już codziennością. Wszyscy potrzebują zdjęć, ale ciągle bardzo niewielu potrzebuje zdjęć dobrych, ba, niewielu zdaje sobie sprawę, na czym owa jakość może polegać. Przeważnie – utożsamiana jest z mocnym kontrastem, kolorem i ostrością.

17 najlepszych zdjęć wg Newsweeka

W pierwszym numerze z tego roku na stronie nr 53 Newsweeka redaktor naczelny Marcin Mastelarz poleca: „Spośród milionów zdjęć opublikowanych w mijającym roku przez największe światowe agencje i najbardziej znanych fotografów wybraliśmy siedemnaście. Naszym zdaniem najciekawszych”.

Należą się słowa uznania za ogrom wykonanej pracy. Dla porównania – na konkurs World Press Photo zostało nadesłanych „zaledwie” 95 tysięcy zdjęć wykonanych przez 5 tysięcy fotografów. Z tego nikłego zestawu jury złożone z kilkunastu fotografów i obradujące przez dwa tygodnie, wybrało nie kilkanaście, lecz kilkadziesiąt zdjęć.

Nie sądzę, że ktoś choćby średnio zorientowany w fotoreportażu podjął się dyskusji na temat samego wyboru zdjęć. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na ich szokujące wręcz zestawienie – o ile oczywiście zatrzymać się i zastanowić przez chwilę nad sensem, meritum, które przedstawiają.

Strona 54 – ogromnie mocne, dramatyczne zdjęcie ojca z dzieckiem, który wybrał obóz dla uchodźców po to, aby nie zginąć. Tytuł zdjęcia: Obóz albo śmierć. Tuż obok, po drugiej stronie – zdjęcie poborowego do ukraińskiej armii, stojącego nago przed dwiema kobietami z komisji. To groteska rzeczywistości. Natomiast na górze – roześmiani żołnierze rosyjskiej armii oczekujący na odegranie inscenizacji defilady z 1941 roku. Czyli – teatr. Zasadniczy akcent tego zdjęcia to gra kompozycją, perspektywą, formami graficznymi. Zastanawiające jest zestawienie ludzkiego dramatu z groteską oraz teatralną inscenizacją.

Strona 57. Na górze – znów ludzka tragedia – ludzie uciekający w popłochu przed atakiem bombowym, smugi pocisków przeszywają niebo, rozpaczliwe pozy uciekających. Na dole – na pierwszy rzut oka – również dramatyczna scena – człowiek płynący ulicą w czerwonej cieczy. A jednak – ciecz okazuje się sokiem pomidorowym, a cała scena – doroczną zabawą w święto pomidora. Mam przeczucie, że o doborze tego zestawienia zdecydowało podobieństwo „obrazkowe”. Dwa zdjęcia stały się dobrze pasującymi wizualnie obrazkami, z pominięciem treści, które przedstawiają. Tymczasem ta treść tam istnieje, i gdzieś, zapewne w podświadomości widza, ulega spłaszczeniu, nawet zaprzeczeniu – nalot nie jest taki straszny, to taka zabawa podobna do tarzania się w sosie pomidorowym.

Oczywiście, że sposób publikacji prasowej nie może wykluczyć bliskich zestawień zupełnie przeciwstawnych uczuć, treści. Jednak redakcja ma duży wpływ na sposób prezentacji. Pytanie, jak stara się te możliwości wykorzystać.

Już skrótowo – str. 60 – święte pisuary nad Gangesem, duże zdjęcie znów posiadające pewien ładunek groteski. Po nim – małe zdjęcie przestraszonego kilkulatka, którego koledzy straszą zabawkowymi karabinami. Widać tylko cienie karabinów. Zdjęcie – dla mnie przerażające, o przerażeniu trudnym do wypowiedzenia, wykraczające swoim znaczeniem daleko poza przedstawiony obraz. A jednak znalazło się na przełomie stron, w malutkim formacie, przytłoczone od góry „świętymi pisuarami”.

Nie mogło zabraknąć zdjęcia z pogrzebu króla popu. Jest malutkie, obcięte i niczym się nie wyróżniające – poza tym, że są na nim bliscy Michaela. Do wielkich wydarzeń zaliczono wykarmienie przez maciorę dwóch tygrysiątek, oraz fakt, że „11 maja Zacharyd Boyd [żołnierz amerykański, misja w Afganistanie], którego alarm obudził w środku nocy, postanowił zaszokować talibów i ruszył do boju bez spodni, tylko w klapkach i bokserkach z napisami I love NY”.

Tak, z wyborem zdjęć trudno polemizować. Dobrze jednak jest pamiętać, że każdy zestaw fotografii mówi nie tylko o tematach przez nie poruszanych, ale chyba przede wszystkim o sposobie patrzenia, światopoglądzie i wrażliwości tego, kto dokonuje tego wyboru. W przypadku redakcji Newsweeka – bardziej interesujące wydaje mi się to drugie. ;-)

O fotografowaniu na ulicy

O fotografowaniu ludzi, głównie w miejscach publicznych, kiedy nie ma możliwości, czasu zapytać ich o zgodę. A nawet samo pytanie o zgodę na tyle zaburza fotografowaną sytuację, że w należy je od razu wykluczyć.
Można oczywiście używać takich aparatów i w ten sposób, aby nikt nie zdał sobie sprawy, że jakiś fotograf pracuje w pobliżu. Ale tym razem nie o tym chciałbym pisać. Chciałbym opisać moje wrażenia z pracy nad zestawem Samotność w MPK.

na dworcu autobusowym

Zdjęcia z tego zestawu zostały zrobione lustrzanką cyfrową, dużym aparatem, którym wykonuje się zdjęcia przykładając go do oka. Ludzie wokół mnie nie mogli go nie zauważyć. Zdjęcia robiłem więc jawnie i otwarcie.

Przy tego rodzaju fotografowaniu dobrze jest zyskać pewną akceptację fotografa przez ludzi. Oczywiście można robić zdjęcia bez zwracania uwagi na reakcje, dopóki ktoś z tłumu nie zacznie nam zagrażać. Ale nie jest to uczciwe i nie buduje zaufania do fotoreportera. W moim przekonaniu fotoreporter robi zdjęcia tym, którzy to akceptują lub w taki sposób, żeby nie narażać innych na straty.

Stosunek fotografa do otoczenia da się wyczuć. Trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok – zupełnie otwarcie wyciągnąć aparat z torby i przyłożyć go do oka. W ułamku sekundy staje się jasne, kto będzie tolerował obiektyw, a kto nie. Tym, którzy sobie nie życzą, nie robię zdjęć.

A jednak są w tym również elementy „podchodów”, „polowania”, pewnej gry, czy choćby przekonywania. Sądzę, że fotograf całą swoją postawą daje sygnały tego, czy pozytywnie traktuje swoich „modeli”. Oni to czują i albo okazują zaufanie albo nie. Wykorzystuje się też efekt zaskoczenia, ale zawsze trzeba dać rodzaj pewności, że fotografowani są potraktowani godnie.

Powyższe zdjęcie zostało zrobione około sekundy po tym, jak kierowca autobusu powiedział do mnie „proszę pana!”. Wiedziałem, że chce zaprotestować, ale ja byłem już złożony do strzału. Podszedłem zresztą całkiem otwarcie pod autobus i spokojnie przyłożyłem się do kadru. Po pstryknięciu spokojnie zapytałem kierowcę „słucham?”. „Nie życzę sobie, żeby pan robił zdjęcie mojego autobusu”. „Rozumiem, oczywiście”. I odszedłem. Ale zdjęcie już miałem zrobione. Publikuję je dlatego, że na nim… prawie w ogóle nie ma autobusu! Jest odbicie w szybie i fragment dworca.

Z premedytacją zrobiłem to zdjęcie ponieważ dzień wcześniej miałem inną sytuację, w której niestety zrezygnowałem. W autobusie kontroler biletów podawał komuś mandat. Już miałem aparat przy oku, kiedy on powiedział „czy może pan nie robić zdjęć?”. Nie pstryknąłem, odpowiedziałem mu: „oczywiście”, i to był niestety koniec. Gdybym jednak zrobił zdjęcie (na którym nie było by twarzy, żadnych szczegółów rozpoznawczych i nikomu by nie zaszkodziło), to miałbym fajną sytuację. A tak – nie mam. ;-)