Etyka w fotografii

Natrafiłem na taki temat na forum fotopolis.pl. Dwa zdjęcia, które tutaj cytują z tamtego wątku, mówią same za siebie.

fot. Paul Hansen

fot. Nathan Weber

Pierwsze zdjęcie – taki właśni widok prezentowany jest np. w prasie, na wystawach. Drugie zdjęcie przedstawia sytuację od innej strony. Mało kto jest świadomy, że miejsca tragedii, o jakich mówi się na całym świecie, stają się teatrem, uproszczeniem, na bazie rzeczywistości – ludzkich nieszczęść, przeżyć – które muszą zostać spłaszczone, uproszczone, musi im zostać nadana „odpowiednia” forma, aby dotarły do kogoś innego.

Extreme Humanity

Popatrzcie. Chodzi mi nie o umiejętności posługiwania się photoshopem, ale o wymowę filmu jako całości. Fotografia wyjściowa to autentyczne zdjęcie osoby która stała się ofiarą, być może jakiegoś konfliktu zbrojnego mającego swoje odniesienie w skali światowej. Muzyka renesansowa (XV wiek). Narzędzie – komputer, photoshop (już symbol epoki należącej do fotografii). Autor – extreme retoucher, miejsce pracy – pulpit, „biurko”, desktop, gdzie nawet zegar (a może tym bardziej – zegar) jest wirtualny. Tytuł pracy: Extreme retouching challenge.

Po Miesiącu Fotografii

Miesiąc fotografii w Krakowie minął. Ogrom zdjęć do obejrzenia, w najróżniejszej formie prezentacji, tematyce, ujęciu tematu, nie może nie pozostawić śladu, refleksji. Największe zagęszczenie dzieł miało miejsce na wystawie Aktualizacja, zaprezentowanej na ul. św Tomasza. Aktualizacja, czyli przegląd fotografii, tym razem – brytyjskiej.

Nie mogłem obronić się przed wrażeniem, że ponieważ wszystko zostało już sfotografowane, to miejsca dla mnie w fotografii już nie ma. A gdyby nawet nie zostało sfotografowane, to dołożenie czegoś nowego do tego stosu obrazów, nie ma większego sensu, bo czyż będzie ktoś miał ochotę lub zacięcie, aby to jeszcze oglądać. Wniosek to nienowy, ale w swojej sile, w pewnych okolicznościach, dojmujący.

Na szczęście ktoś potrzebuje jeszcze zwykłych zdjęć, nazwijmy je zwykłymi, choćby jak te z imprezy okolicznościowej dużej firmy, pikniku, obfitującego w atrakcje jak zjazd na linie, quady, łódki, strzelanie z łuku i wiatrówki oraz zajadanie się kiełbaskami zapijanymi piwem. Bez kompleksów, dywagowania, zastanawiania się na każdym kadrem – słowem – na luzie, popełniłem taki oto zestaw zdjęć, który obejrzawszy na spokojnie, zachwyca mnie szczerością – zarówno fotografowanych ludzi jak i moją – przed samym sobą. (Z oczywistych względów nie mogę tego zestawu zaprezentować)

Tak kojąco podziałał na mnie Miesiąc Fotografii.

Dyskwalifikacja w World Press Photo

Jedno ze zdjęć, które otrzymało nagrodę w konkursie World zostało zdyskwalifikowane ze względu na niedopuszczalną obróbkę. Na stronie PetaPixel można przeczytać o tym wydarzeniu, wraz z komentarzem fotografa oraz zdjęciami.

Zdjęcie zdyskwalifikowane, fot. Stepan Rudik

Zdjęcie oryginalne, fot. Stepan Rudik

Na pierwszy rzut oka widać, że zdjęcie zdyskwalifikowane jest drobnym wycinkiem oryginału, oraz że zostało poddane dużej obróbce. Jednak nie kadrowanie ani zmiana obrazu na czarno-biały, ani dodanie ziarna i wyciemnień było powodem dyskwalifikacji, ale usunięcie drobnego fragmentu stopy między kciukiem a palcem wskazującym. Użyto narzędzia klonowania, które jest zabronione w reportażu.

Przykład ten skłania do zastanowienia nad reportażem, nad zasadami, jakie obowiązują w fotografii reporterskiej. Przecież kadrowanie może zmienić zasadniczo znaczenie zdjęcia, podobnie jak użycie narzędzia do wyciemnień pozwala na usuwanie elementów. Ale obydwa te zabiegi są dozwolone. I na zdrowy rozsądek właśnie te operacje zmieniły wymowę zdjęcie dużo bardziej niż to nieszczęsne klonowanie, za które Stepan otrzymał dyskwalifikację.

Uczciwość reporterska to kwestia wyczucia reportera, a nie napisanych gdzieś zasad. Konkluzja to nie jest nowa :-)

Źródła fotografii: http://www.petapixel.com/2010/03/03/world-press-photo-disqualifies-winner/

Bez retuszu

Od dziś wiadomo już, że ukaże się książka Artura Domosławskiego Kapuściński non-fiction, wydana ostatecznie przez Świat Książki. Newsweek z 28 lutego 2010 poświęca jej sporo uwagi, rozpoczynając artykułem Piotra Bratkowskiego Koniec pewnej bajki. Alicja Kapuścińska, żona sławnego reportera, próbowała zablokować publikację tej książki.

Myślę, że cykl trzech artykułów Newsweeka zasługuje na szczególną uwagę właśnie ze względu na to, że wspiera Artura Domosławskiego w jego sposobie patrzenia na Cesarza Reportażu. Bo książka (opieram się tutaj na tekstach Newsweeka) jest konsekwentnie zrealizowanym spojrzeniem na Ryszarda Kapuścińskiego jako na człowieka przede wszystkim, nie zaś bohatera, wielkiego reportażysty czy pisarza z jednej strony, lub  współpracownika służb bezpieczeństwa, reportera fabrykującego fakty lub człowieka manipulującego innymi, z drugiej strony. Piotr Bratkowski ubolewa nad tym, że ciągle jesteśmy skłonni do postrzegania postaci w kategoriach zero-jedynkowych, mamy tendencję do mitologizowania naszych bohaterów narodowych, jak również bezwzględnej pogardy wobec tych, których poprzez powierzchowną obserwację uznamy za nikczemnych, tchórzy itd.

Cóż, uproszczenia są odruchem mas. Nie sądzę, aby w najbliższej przyszłości miało się to zmienić, gdyż subtelność oceny nieprzeciętnych, wielkich ludzi ciągle jest przywilejem innych nieprzeciętnych i wielkich ludzi. Bratkowski przewiduje, że książka będzie srodze krytykowana przez obie strony, mające przeciwstawne postawy wobec Mistrza. Ale na pewno znajdą się i ci, którzy docenią dążenie Artura Domosławskiego do prawdy o człowieku i powstrzymywanie się od kategorycznych ocen.

Jakże brakuje wśród twórców mediów postaw wyważonych. Takich, które nie retuszują każdej zmarszczki i nie wybielają skóry, ale również – nie doprawiają rogów.

O fotografowaniu na ulicy

O fotografowaniu ludzi, głównie w miejscach publicznych, kiedy nie ma możliwości, czasu zapytać ich o zgodę. A nawet samo pytanie o zgodę na tyle zaburza fotografowaną sytuację, że w należy je od razu wykluczyć.
Można oczywiście używać takich aparatów i w ten sposób, aby nikt nie zdał sobie sprawy, że jakiś fotograf pracuje w pobliżu. Ale tym razem nie o tym chciałbym pisać. Chciałbym opisać moje wrażenia z pracy nad zestawem Samotność w MPK.

na dworcu autobusowym

Zdjęcia z tego zestawu zostały zrobione lustrzanką cyfrową, dużym aparatem, którym wykonuje się zdjęcia przykładając go do oka. Ludzie wokół mnie nie mogli go nie zauważyć. Zdjęcia robiłem więc jawnie i otwarcie.

Przy tego rodzaju fotografowaniu dobrze jest zyskać pewną akceptację fotografa przez ludzi. Oczywiście można robić zdjęcia bez zwracania uwagi na reakcje, dopóki ktoś z tłumu nie zacznie nam zagrażać. Ale nie jest to uczciwe i nie buduje zaufania do fotoreportera. W moim przekonaniu fotoreporter robi zdjęcia tym, którzy to akceptują lub w taki sposób, żeby nie narażać innych na straty.

Stosunek fotografa do otoczenia da się wyczuć. Trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok – zupełnie otwarcie wyciągnąć aparat z torby i przyłożyć go do oka. W ułamku sekundy staje się jasne, kto będzie tolerował obiektyw, a kto nie. Tym, którzy sobie nie życzą, nie robię zdjęć.

A jednak są w tym również elementy „podchodów”, „polowania”, pewnej gry, czy choćby przekonywania. Sądzę, że fotograf całą swoją postawą daje sygnały tego, czy pozytywnie traktuje swoich „modeli”. Oni to czują i albo okazują zaufanie albo nie. Wykorzystuje się też efekt zaskoczenia, ale zawsze trzeba dać rodzaj pewności, że fotografowani są potraktowani godnie.

Powyższe zdjęcie zostało zrobione około sekundy po tym, jak kierowca autobusu powiedział do mnie „proszę pana!”. Wiedziałem, że chce zaprotestować, ale ja byłem już złożony do strzału. Podszedłem zresztą całkiem otwarcie pod autobus i spokojnie przyłożyłem się do kadru. Po pstryknięciu spokojnie zapytałem kierowcę „słucham?”. „Nie życzę sobie, żeby pan robił zdjęcie mojego autobusu”. „Rozumiem, oczywiście”. I odszedłem. Ale zdjęcie już miałem zrobione. Publikuję je dlatego, że na nim… prawie w ogóle nie ma autobusu! Jest odbicie w szybie i fragment dworca.

Z premedytacją zrobiłem to zdjęcie ponieważ dzień wcześniej miałem inną sytuację, w której niestety zrezygnowałem. W autobusie kontroler biletów podawał komuś mandat. Już miałem aparat przy oku, kiedy on powiedział „czy może pan nie robić zdjęć?”. Nie pstryknąłem, odpowiedziałem mu: „oczywiście”, i to był niestety koniec. Gdybym jednak zrobił zdjęcie (na którym nie było by twarzy, żadnych szczegółów rozpoznawczych i nikomu by nie zaszkodziło), to miałbym fajną sytuację. A tak – nie mam. ;-)

Styl fotografa i kompromisy

Witam Pana Piotra!

Dzięki ze ten kursik. Imponuje mi Pan swoim profesjonalizmem. W pkt. 1 porusza Pan linie wizji teatru, zleceniodawcy, a gdzie w tym wszystkim styl artysty fotografa? Na jakie kompromisy jest Pan w stanie pójść, a gdzie jest granica, której Pan nie przekroczy (wyłączamy tutaj z rozważań gażę)?

Serdecznosci
Elik

Dziękuję za wpis i miłe słowa!

Spróbuję odpowiedzieć na pytania. Gdzie jest miejsce na styl artysty fotografa? Wbrew pozorom nie zostaje go tak mało. To kompozycja kadru i oświetlenie – sprawy niebagatelne. Pozostaje również moment naciśnięcia spustu, a on jest wynikiem tego, co widzi, albo chce widzieć fotograf. Fotografowie portreciści są świadomi tego, jak bardzo zmienia się twarz człowieka w zależności nie tylko od kąta patrzenia obiektywu i oświetlenia, ale również – w ułamkach sekund jak różne mogą być napięcia mięśni twarzy, jak najróżniejszy jej nastrój, wyraz. Zaś te ostatnie zależą od atmosfery sesji, którą tworzy ostatecznie właśnie fotograf. To jego sposób nawiązania kontaktu z modelem tworzy portret, bo na samym końcu tego łańcucha marketingowo-reżyserskiego, kostiumowego i oświetleniowego pozostaje w końcu tylko model oraz fotograf, sam na sam, choćby nie wiadomo ile osób uczestniczyło w sesji.

Stąd kluczowa jest wrażliwość fotografa na ludzi w ogóle. W trakcie sesji powstaje pewna intymna linia i wtedy jest szansa na ciekawe, „głębsze” zdjęcie. Uważam, że aparat tylko rejestruje tę linię porozumienia.

W każdej sesji, przy wydawało by się najbardziej banalnym zdjęciu, walczę o to, aby pozostał mój „odcisk”. Czasem oczekiwania zleceniodawcy są jak najbardziej banalne, nic dziwnego, bo reklama często ma dotrzeć do szerokich mas. Ale wierzę, że nawet w pozornie banalnym zdjęciu można zawrzeć „coś”, co przyciągnie uwagę bardziej zaawansowanego miłośnika fotografii.

Czy jest granica, której nie przekroczę? Tak, choć trudno ją wyznaczyć słowami. Po prostu nie naciskam spustu, kiedy nie akceptuję tego, co widzę. Drugi etap weryfikacji następuje przy selekcji zdjęć. Nigdy nie oddaję wszystkich zdjęć, które zrobiłem, bez choćby wstępnej selekcji. Warto pamiętać o zasadzie – lepiej mniej niż więcej.

Bardzo źle znoszę sztuczność, która jest pozowana na naturalność. Nie akceptuję „zmyłek”, wpuszczania widza w maliny, zresztą to zawsze obraca się przeciwko temu, kto takie metody stosuje.