| That’s what I’m working on now – the set of photos for the exhibition concerning Polish actress Urszula Grabowska. This photo comes from the session for Othello W. Shakespeare, directed by Maciej Sobociński at Bagatela Theatre. |
Nad czym właśnie pracuję – to zestaw zdjęć do wystawy poświęconej polskiej aktorce Urszuli Grabowskiej. To zdjęcie pochodzi z sesji do przedstawienia Othello W. Szekspira, reżyserowanego przez Macieja Sobocińskiego w Teatrze Bagatela. |
Tag Archives: portret
Portrait – portret
Delikatne różnice
Przeglądam archiwum zdjęć. Napotkałem na to, z koncertu Doroty Miśkiewicz w krakowskim Teatrze Bagatela. Zdjęcie jest tylko wyzwalaczem wspomnienia, gdyż jako realizator dźwięku przygotowywałem nagłośnienie tego koncertu, a ponieważ do próby wszystko zostało praktycznie zmontowane, miałem czas chwycić za aparat.
I właśnie to zdjęcie przypomniało mi wrażenie, którego wtedy dopiero mnie zdziwiło i któremu nie dowierzałem. Otóż próba była świetna, utwory płynęły swoim życiem, grane ze swobodą, swadą, wolnością przez muzyków i śpiewane przez wokalistkę. Natomiast koncert był zupełnie inny w nastroju, utonął w czymś co nazwałbym zachowawczość, poza, sztuczny popis.
Po kilku latach miałem możliwość obserwować koncert Anny Marii Jopek. Byłem zachwycony pracą zespołu technicznego, który w skupieniu i spokoju zajmował się konfiguracją sprzętu. Wreszcie przyszli słuchacze. Zasiedli w wygodnych fotelach, i tak już pozostali, nieruchomo, do końca koncertu. Wysiłki muzyków aby poruszyć atmosferę nie przyniosły efektu. Po kilku dniach na blogu Anny Marii znalazłem refleksję: zdaliśmy sobie sprawę jak kruche jest to, co tworzymy.
Te rozważania prowadzą do kolejnego wspomnienia: misterium wielkanocne w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tysiące ludzi, tak trudno dostać się tam, którędy przechodzi postać Jezusa. I wtem wrzask, tuż przy uchu: „k… sp…. bo ja tu mam zrobić zdjęcie”. To jakiś „zawodowy” fotograf, który uzyskał pozwolenie na fotografowanie w zamkniętym kręgu.
Zmierzając do puenty. Przychodzi postać na sesję zdjęciową, portretową, w studiu. Robię 15 zdjęć, oglądamy, i każde jest inne. Ten sam człowiek, to samo światło, stoi tak samo i podobnie trzyma głowę. Drobne, niedostrzegalne zrazu różnice, po chwili okazują się kolosalnymi. Drobny ruch głowy, nieco inaczej otwarte oczy, inne napięcie twarzy, i oto mamy coś zupełnie innego.
Jeśli zdamy sobie sprawę, że to, co próbujemy stworzyć, to coś bardzo kruchego, co trzeba ochraniać, czego trzeba szukać i nigdy nie mieć pewności, czy to akurat dziś się przydarzy, to zyskamy przynajmniej trochę spokoju. I może poszukiwania częściej się udadzą. Może. Ta postawa pokory jest fascynująca, bo jakoś skuteczna…
By zakończyć pozytywnym akcentem – zdjęcie
Zdjęcie bez żadnego retuszu, zrobione pojedynczą, prostą przystawką beauty dish, w komputerze jedynie odjęcie nieco czerwieni
Portret gościa
Daniela jest naszym gościem w domu od kilku dni. Jej twarz oraz uczucia, które na niej się pojawiały, nie przechodziły obok mnie obojętnie. A jednak te dwa zamieszczone poniżej zdjęcia nie odzwierciedlają tego, co widziałem. Bo to jest rodzaj sytuacji, w której aparat nie jest pożądanym narzędziem w układaniu kontaktu. Zastosowany wobec kogoś, kto jest u nas po raz pierwszy, i jest bardzo emocjonalną osobą, jest czymś topornym, jak zimny metal rozdzielający dwie żyjące tkanki. Dlatego te zdjęcia pretendują raczej do portretu pozowanego, w którym więcej jest pozy, choć nieco i trochę osobowości pozostało.
Patrząc na te zdjęcia pomyślałem, że właśnie teraz widać, że fotografując nie trzeba się spodziewać odzwierciedlenia rzeczywistości. Wręcz trzeba się pogodzić i świadomie dążyć do tego, by zdjęcie żyło swoim, oddzielnym życiem. Czy Daniela tak wyglada, taka jest, jak próbują sugerować to te zdjęcia? Nie.
Wolę to pierwsze, jest nieco mniej szablonowe, zawiera więcej jej osoby. Drugie to typowe, często powtarzane ustawienie. Zdjęcie zrobione obiektywem 50mm, twarz ustawiona na wprost okna, bez flesza. W komputerze – zamiana na czarno-białe metodą mieszania kolorów RGB, rozjaśnienie za pomocą krzywych oraz zwiększenie kontrastu przez highlights & shadows. No i pamiętam, że brwi oraz usta, zdaje się, przyciemniłem narzędziem burn, a oczy nieco rozjaśniłem przez dodge.
Portret
Podczas goszczenia Barbary Szałapak w moim małym studiu powstało sporo różnych charakterem fotografii. Zastanawiałem się, którą z nich wybrać. Może właśnie tę – połączenie ufnego ciepła ze swobodą i delikatną nonszalancją, zestawienie aktorki z „businesswoman”, jako że Barbara jest przewodniczącą krakowskiego oddziału Związku Artystów Scen Polskich. Jedyna ingerencja w zdjęcie to zmiana na cz-b oraz delikatna korekcja kontrastu i jasności na całości fotografii.
Portret
Macieja Słotę, aktora, znam od kilkunastu lat. Maciek jest zawsze uśmiechnięty, wiecznie obsypuje rozmówców dowcipami, jego silna, ekspansywna natura wywiera wpływ na otoczenie. Na zdjęciu udało się uchwycić coś jak tego przeciwieństwo, choć błysk w oku ciągle wydaje się uśmiechać (jak dla mnie). Może to przypadek, może znużenie sesją, chwila nudy – to nie do końca jest dla mnie jasne. Ta niejasność wraz z niecodziennym dla mnie wyrazem jego twarzy tworzy szczególną aurę tego zdjęcia.
Kolory nie są modyfikowane komputerowo, na lampę założyłem niebieski filtr.
Portret
Tę twarz znam od dwunastu lat. Zapewne prawie nikt z Was nie zna tej twarzy tak, jak ja. Dlatego pojawia się pytanie – co widzicie w niej Wy, a co ja. To pytanie często pozostaje zagadką, czasem zupełnie nie interesuje twórców, lecz mnie jednak interesuje, intryguje i wręcz niepokoi. Jest to element nieuchwytny, nad którym trudno zapanować, wynikający nie tylko z różnej znajomości tematu, ale i z odległości w czasie i przestrzeni – między aktem tworzenia a odbiorem. Tej odległości nie ma w sztukach interaktywnych, w muzyce, teatrze, gdyż tam twórca i odbiorca odnajdują wspólną drogę (lub nie odnajdują jej) dokładnie w tym samym momencie, następuje porozumienie (lub nie następuje), i obie strony wiedzą i czują, czy to porozumienie nastąpiło. Mnie, jak się zdaje, mniej interesuje po prostu wyrzucanie z siebie wrażeń i treści, bardziej – czy znalazł się partner, z którym nawiązała się nić porozumienia.
Coś z Rumunii
Przyjeżdżam tu dość regularnie, choć nieczęsto. Zmiany tutaj zachodzą… Po dłuższym okresie nieobecności – jest ten pierwszy moment, pierwsze wrażenie - fascynacja czymś tam, zdziwienie wobec najprostszych obrazów, które, jeśli się go nie spróbuje jednak zapisać, wyparuje wraz z przyzwyczajeniem.
Fascynujące są różnice w mentalności, tym bardziej, że osadzone jakimś sposobem w podobieństwach, jednak. Obserwować te subtelności, to niesamowite; i zastanawiać się, w czym one tkwią. To jak przepis na zupę, w której składniki są te same, tylko w innych proporcjach. Zaangażowanie, staranność, emocje, solidność, bylejakość, serdeczność – wszystko to samo, tylko w innych natężeniach i inaczej połączone.
Zdjęcie z błyszczącym samochodem, który został zaparkowany o centymetr od ostrej blachy drogowego znaku – to esencja rumuńskiego kierowcy. Wieża w ogrodzie botanicznym, betonowa pozostałość poprzedniego ustroju. Sposób rozwiązania okablowania na osiedlu, wiejski mężczyzna na tle sklepu oklejonego reklamami. Sposób w jaki polityk zaleca samego siebie, a za szklaną bramą paczki z zachodnim piwem. Jedno jest pewne – niebywała mieszanina nowoczesności, która wdziera się w stary, spokojny, odchodzący już rumuński świat.
Bezbarwni ludzie
Zastanawiam się nad tym jak to się dzieje, że niektórzy ludzie wyglądają zupełnie niepozornie. Nie przyciągają uwagi otoczenia, są jakby „przezroczyści”, o „bezbarwnych” oczach, nie zwracającej uwagi twarzy. Dzieci czy dorośli – wiek nie ma znaczenia. Są dzieci, które przyciągają wyrazistością spojrzenia, twarzą wysyłającą pewne sygnały. Są inne, które wydają się nie promieniować niczego. Jak się ma ten wygląd do ich życia wewnętrznego, emocjonalnego…? Hipoteza robocza – wygląd nie świadczy o życiu wewnętrznym.
Ciekawe, gdyby zrobić serię zdjęć takim „bezbarwnym” z wyglądu ludziom. Wydaje się to zaprzeczeniem potocznego sensu fotografowania, bo przecież „zdjęcie powinno wyrażać coś”. Ale gdyby znaleźć ludzi, którzy nie wyrażają niczego, albo wyrażają minimalne minimum. Wydaje mi się to ciekawym eksperymentem fotograficzno-psychologicznym. Wziąć tych „najzwyklejszych”, ale czy rzeczywiście z niczym nie wyróżniającym się wnętrzem…?
Mechanizmy działające w ludzkich duszach są dla mnie fascynujące. Chyba nie mógłbym ich pomijać podczas fotografowania.
Styl fotografa i kompromisy
Witam Pana Piotra!
Dzięki ze ten kursik. Imponuje mi Pan swoim profesjonalizmem. W pkt. 1 porusza Pan linie wizji teatru, zleceniodawcy, a gdzie w tym wszystkim styl artysty fotografa? Na jakie kompromisy jest Pan w stanie pójść, a gdzie jest granica, której Pan nie przekroczy (wyłączamy tutaj z rozważań gażę)?
Serdecznosci
Elik
Dziękuję za wpis i miłe słowa!
Spróbuję odpowiedzieć na pytania. Gdzie jest miejsce na styl artysty fotografa? Wbrew pozorom nie zostaje go tak mało. To kompozycja kadru i oświetlenie – sprawy niebagatelne. Pozostaje również moment naciśnięcia spustu, a on jest wynikiem tego, co widzi, albo chce widzieć fotograf. Fotografowie portreciści są świadomi tego, jak bardzo zmienia się twarz człowieka w zależności nie tylko od kąta patrzenia obiektywu i oświetlenia, ale również – w ułamkach sekund jak różne mogą być napięcia mięśni twarzy, jak najróżniejszy jej nastrój, wyraz. Zaś te ostatnie zależą od atmosfery sesji, którą tworzy ostatecznie właśnie fotograf. To jego sposób nawiązania kontaktu z modelem tworzy portret, bo na samym końcu tego łańcucha marketingowo-reżyserskiego, kostiumowego i oświetleniowego pozostaje w końcu tylko model oraz fotograf, sam na sam, choćby nie wiadomo ile osób uczestniczyło w sesji.
Stąd kluczowa jest wrażliwość fotografa na ludzi w ogóle. W trakcie sesji powstaje pewna intymna linia i wtedy jest szansa na ciekawe, „głębsze” zdjęcie. Uważam, że aparat tylko rejestruje tę linię porozumienia.
W każdej sesji, przy wydawało by się najbardziej banalnym zdjęciu, walczę o to, aby pozostał mój „odcisk”. Czasem oczekiwania zleceniodawcy są jak najbardziej banalne, nic dziwnego, bo reklama często ma dotrzeć do szerokich mas. Ale wierzę, że nawet w pozornie banalnym zdjęciu można zawrzeć „coś”, co przyciągnie uwagę bardziej zaawansowanego miłośnika fotografii.
Czy jest granica, której nie przekroczę? Tak, choć trudno ją wyznaczyć słowami. Po prostu nie naciskam spustu, kiedy nie akceptuję tego, co widzę. Drugi etap weryfikacji następuje przy selekcji zdjęć. Nigdy nie oddaję wszystkich zdjęć, które zrobiłem, bez choćby wstępnej selekcji. Warto pamiętać o zasadzie – lepiej mniej niż więcej.
Bardzo źle znoszę sztuczność, która jest pozowana na naturalność. Nie akceptuję „zmyłek”, wpuszczania widza w maliny, zresztą to zawsze obraca się przeciwko temu, kto takie metody stosuje.














