• Zwierciadło

    Fotografia, jako sposób na życie, tylko w części polega na tworzeniu pięknych, niesamowitych zdjęć. W fotografiach odbija się cała osobowość fotografa, który zostawia w ten sposób swój odcisk - tego, jak czuje, co myśli - kim po prostu jest. I to jest dla mnie najciekawsze.  

  • kalendarz

    Marzec 2010
    P W Ś C P S N
    « lut    
    1234567
    891011121314
    15161718192021
    22232425262728
    293031  

Dyskwalifikacja w World Press Photo

Jedno ze zdjęć, które otrzymało nagrodę w konkursie World zostało zdyskwalifikowane ze względu na niedopuszczalną obróbkę. Na stronie PetaPixel można przeczytać o tym wydarzeniu, wraz z komentarzem fotografa oraz zdjęciami.

Zdjęcie zdyskwalifikowane, fot. Stepan Rudik

Zdjęcie oryginalne, fot. Stepan Rudik

Na pierwszy rzut oka widać, że zdjęcie zdyskwalifikowane jest drobnym wycinkiem oryginału, oraz że zostało poddane dużej obróbce. Jednak nie kadrowanie ani zmiana obrazu na czarno-biały, ani dodanie ziarna i wyciemnień było powodem dyskwalifikacji, ale usunięcie drobnego fragmentu stopy między kciukiem a palcem wskazującym. Użyto narzędzia klonowania, które jest zabronione w reportażu.

Przykład ten skłania do zastanowienia nad reportażem, nad zasadami, jakie obowiązują w fotografii reporterskiej. Przecież kadrowanie może zmienić zasadniczo znaczenie zdjęcia, podobnie jak użycie narzędzia do wyciemnień pozwala na usuwanie elementów. Ale obydwa te zabiegi są dozwolone. I na zdrowy rozsądek właśnie te operacje zmieniły wymowę zdjęcie dużo bardziej niż to nieszczęsne klonowanie, za które Stepan otrzymał dyskwalifikację.

Uczciwość reporterska to kwestia wyczucia reportera, a nie napisanych gdzieś zasad. Konkluzja to nie jest nowa :-)

Źródła fotografii: http://www.petapixel.com/2010/03/03/world-press-photo-disqualifies-winner/

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

Zdjęcia – tak, poziom – niekoniecznie

W poczekalni do lekarza, w naszym małym miasteczku, oglądać można gazetkę ścienną ogniska Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej. Główna jej część to zdjęcia z maratonów, które odbyły się na ulicach, zdjęcia zespołów przed meczami i ujęcia z meczów siatkówki, koszykówki i tak dalej. Patrząc na te zdjęcia trudno opędzić się od refleksji, że fotografia… nie jest łatwą dziedziną.

Być może dlatego, że oglądając na co dzień zdjęcia z ogólnopolskich dzienników i tygodników, przyzwyczajamy się do fotografii, będących wynikiem nie tylko umiejętności fotografa związanych z obsługą sprzętu, kadrowaniem, refleksem, obróbką w komputerze, ale przede wszystkim – jego wiedzą na temat fotografowanych obiektów.

Wracając do gazetki ściennej. Oto biegnie człowiek, zawodnik, uczestnik maratonu. Zdjęcie pokazuje go, jak biegnie. I nic więcej.  Nic ponad to, co stoi w samym tekście. A przecież zdjęcie może powiedzieć o wiele więcej, niż dziesiątki słów. Na przykład – czy jest to lider, czy ostatni z biegnących, jaki dystans dzieli go od reszty, czy ktoś mu kibicuje, jak przeżywa swój bieg, na ile jest zmęczony, jak wygląda droga, która ma przebyć albo już przebył, jaka to miejscowość. Niewielkie detale, jak rodzaj budynków, mijane samochody, nawierzchnia, przechodnie – to wszystko składa się na obraz maratonu. Pytanie, czy fotografowi w ogóle przyszło do głowy, aby te elementy w kadrze próbować umieścić.

Pamiętam zdjęcie, na którym para młodych ludzi przyglądała się czemuś, co leciało wysoko na niebie. On, wyciągniętą ręką, kierował wzrok dziewczyny w górę. Pamiętam dyskusję nad zdjęciem, ponieważ tej uniesionej ręki nie było – fotograf z rozmysłem i “bezczelnie” ją usunął z kadru, koncentrując się na twarzach tej pary. Ta “obcięta” ręka, była gwoździem krytyki. Ale przecież istota zdjęcia kryła się w ich twarzach – zafascynowanych obserwowanym zjawiskiem.

Współczesne media nie mogą się obejść bez obrazków, ich natłok jest już codziennością. Wszyscy potrzebują zdjęć, ale ciągle bardzo niewielu potrzebuje zdjęć dobrych, ba, niewielu zdaje sobie sprawę, na czym owa jakość może polegać. Przeważnie – utożsamiana jest z mocnym kontrastem, kolorem i ostrością.

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

Bez retuszu

Od dziś wiadomo już, że ukaże się książka Artura Domosławskiego Kapuściński non-fiction, wydana ostatecznie przez Świat Książki. Newsweek z 28 lutego 2010 poświęca jej sporo uwagi, rozpoczynając artykułem Piotra Bratkowskiego Koniec pewnej bajki. Alicja Kapuścińska, żona sławnego reportera, próbowała zablokować publikację tej książki.

Myślę, że cykl trzech artykułów Newsweeka zasługuje na szczególną uwagę właśnie ze względu na to, że wspiera Artura Domosławskiego w jego sposobie patrzenia na Cesarza Reportażu. Bo książka (opieram się tutaj na tekstach Newsweeka) jest konsekwentnie zrealizowanym spojrzeniem na Ryszarda Kapuścińskiego jako na człowieka przede wszystkim, nie zaś bohatera, wielkiego reportażysty czy pisarza z jednej strony, lub  współpracownika służb bezpieczeństwa, reportera fabrykującego fakty lub człowieka manipulującego innymi, z drugiej strony. Piotr Bratkowski ubolewa nad tym, że ciągle jesteśmy skłonni do postrzegania postaci w kategoriach zero-jedynkowych, mamy tendencję do mitologizowania naszych bohaterów narodowych, jak również bezwzględnej pogardy wobec tych, których poprzez powierzchowną obserwację uznamy za nikczemnych, tchórzy itd.

Cóż, uproszczenia są odruchem mas. Nie sądzę, aby w najbliższej przyszłości miało się to zmienić, gdyż subtelność oceny nieprzeciętnych, wielkich ludzi ciągle jest przywilejem innych nieprzeciętnych i wielkich ludzi. Bratkowski przewiduje, że książka będzie srodze krytykowana przez obie strony, mające przeciwstawne postawy wobec Mistrza. Ale na pewno znajdą się i ci, którzy docenią dążenie Artura Domosławskiego do prawdy o człowieku i powstrzymywanie się od kategorycznych ocen.

Jakże brakuje wśród twórców mediów postaw wyważonych. Takich, które nie retuszują każdej zmarszczki i nie wybielają skóry, ale również – nie doprawiają rogów.

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

Niepełnosprawni nie są jak sprawni!

Interpelacja w sprawie świadczeń NFZ

(Zdjęcia często nie wystarczą. Oto mój reportaż poświęcony walce lekarzy i rodziców o finansowanie leczenia ortodontycznego dzieci niepełnosprawnych. Tekst ukazał się m.in. na portalu mmKrakow.pl)
Krakowska Poradnia Stomatologiczna

Mała Julia przy fotelu stomatologicznym

Ta sprawa powraca po raz kolejny w ciągu ostatnich lat. Narodowy Fundusz Zdrowia odmawia szczególnego finansowania leczenia ortodontycznego dzieci niepełnosprawnych i traktuje je na równi z dziećmi zdrowymi. Lekarze Krakowskiej Poradni Stomatologicznej, którzy od kilkunastu lat specjalizują się w tej dziedzinie, załamują ręce. Przecież dzieci z niedorozwojem, np. z zespołem Downa czy porażeniem mózgowym, wymagają kilkakrotnie więcej czasu, nakładów oraz specjalistycznej, wręcz unikalnej wiedzy lekarskiej.

Mówi dr Ewa Szklarska, kierownik Poradni:

- Wizyta dziecka zdrowego zamyka się średnio w około piętnastu minutach. Natomiast w przypadku dziecka niepełnosprawnego wszystkie etapy leczenia wydłużają się kilkakrotnie. Sama ilość dokumentacji, z którą musi się zapoznać lekarz, jest o wiele większa. Ponieważ często rozwój dziecka jest opóźniony, opóźniony i zaburzony jest również rozwój uzębienia, co jest niezgodne z przedziałami wiekowymi wyznaczonymi przez NFZ. Wyższe muszą być również kwalifikacje lekarza. Te względy sprawiają, że traktowanie dzieci niepełnosprawnych na równi ze zdrowymi jest wielkim nieporozumieniem.

W ciągu kilkunastu lat praktyki lekarze zgromadzili doświadczenie, które pozwoliło na stworzenie autorskiego, całościowego programu leczenia, a efekty jego stosowania sprawiły, że do Poradni przyjeżdżają rodzice z dziećmi z całej południowej Polski. Osiągnięcia zespołu lekarskiego Przychodni są prezentowane na konferencjach i zjazdach stomatologów w Polsce.

Krakowska Poradnia Stomatologiczna

Grzegorz i Adam wraz z mamą

- Zajmujemy się dziećmi z zespołem Downa właściwie od ich urodzenia – mówi dr Elżbieta Radwańska, konsultant naukowy, ortodonta z ponad dwudziestoletnim stażem. – W pierwszym roku życia tworzą się podstawowe odruchy czynności oddychania, ssania, połykania, żucia, mowy. A u tych dzieci cały układ somatognatyczny pracuje nieprawidłowo. Tak więc od samego początku próbujemy poprawiść jego czynność, a co za tym idzie, również budowę.

Będąc w Poradni nie sposób nie zauważyć, że dzieci chętnie wchodzą do gabinetu, nie obawiając się lekarza ani fotela dentystycznego.

- Jest to wynikiem naszego doświadczenia – mówi dr Radwańska. – Konieczna jest wiedza z dziedziny psychologii, jak również szczególne predyspozycje lekarza, który musi nawiązać kontakt z dzieckiem, aby ono pozwoliło się leczyć. Znaczenie ma tutaj nawet wystrój gabinetu. Te dzieci są trudnymi pacjentami i przede wszystkim potrzebny jest czas. Zdarza się, że wizyta musi trwać półtorej godziny, gdyż oprócz rozpoznania i badania konieczne jest poinstruowanie rodziców, nauczenie ich tego, jak ćwiczyć, układać, masować. Nie może być tak, że jestem ograniczona w możliwości przyjęcia pacjenta przez przydzielony mi przez NFZ limit. Ja i tak przyjmuję wszystkie dzieci, czym sprawiam tylko kłopot Przychodni – śmieje się dr Radwańska.
- U nas tworzą się więzy przyjaźni z pacjentem. Lekarz musi wysłuchać wszystkiego, co rodzice mają do powiedzenia – o ważnych wydarzeniach rodzinnych, osiągnięciach, ponieważ to buduje dobrą atmosferę, która przekłada się na wyniki leczenia.

Gabrysia i dr Elżbieta Radwańska

Dr Ewa Szklarska:
- Dużo czasu i wysiłku poświęciliśmy, by stworzyć nasz program. Przez to pacjent niepełnosprawny stał się nam bliski, rozumiemy go, umiemy z nim współpracować. Jest to ogromna satysfakcja. I szkoda byłoby tego zaprzepaścić. Zwłaszcza, że liczba pacjentów, których mamy obecnie pod opieką sięga 900.

Pomoc w finansowaniu leczenia oferuje Stowarzyszenie “Bądźcie z nami”, którego prezes, Cecylia Chrząścik, walczy o przyznanie przez NFZ dzieciom niepełnosprawnym szczególnego statusu.
- Pomagamy dzieciom finansując leczenie z naszych funduszy. Jednak potrzeby są ogromne i jesteśmy w stanie pomóc tylko niewielkiej grupie dzieci. Koszt jednego aparatu może sięgać trzech tysięcy złotych, nie licząc wizyt i innych wydatków. Dlatego podejmujemy walkę w sejmie o wydzielenie grupy dzieci niepełnosprawnych w leczeniu ortodontycznym.

Stowarzyszenie zostało zaproszone przez Przewodniczącego Parlamentarnego Zespołu ds. Osób Niepełnosprawnych – Posła na Sejm RP – Marka Plurę oraz Prezesa Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Rodzin Osób Niepełnosprawnych “Razem możemy więcej” – Jolantę Martykę do udziału w konferencji na temat: “Wykluczenie społeczne rodziców/opiekunów niepełnosprawnych dzieci i dorosłych oraz sposoby przeciwdziałania”.

- W chwili obecnej wszystkie dzieci powyżej 13-stego roku życia nie są objęte opieką ortodontyczną – mówi Cecylia Chrząścik. – W tym trudniejszej sytuacji są dzieci niepełnosprawne. Dlatego zwracamy się z prośbą o interpelację do posła na Sejm RP Zbysława Owczarskiego w sprawie wyodrębnienia grupy dzieci niepełnosprawnych poprzez stworzenie dla nich osobnej puli punktów oraz ich wycenę w NFZ.

Rodzice i dzieci z ogromną nadzieją oczekują poprawy sytuacji. Na zmianę stanowiska NFZ czekają również lekarze, których doświadczenie i zaangażowanie zostałoby w pełni wykorzystane.

Ania i Julia, małe pacjentki, fot. materiały poradni

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

Najtrudniej – codzienność

Jak sfotografować ludzi kłębiących się do autobusu, który właśnie podjechał na stanowisko? Nie chodzi o zdjęcie ludzi po prostu, chodzi o to, jak oddać obrazem mentalność, która każe ludziom przepychać się, walczyć o miejsce w sytuacji, gdy… miejsc starczy dla wszystkich.

Tak, to zadziwiające :-) a jednak się zdarza i to nie tak rzadko w naszej rzeczywistości. Jakieś przekonanie, że bez walki niczego się nie dostanie…? Czy już nawyk? Tę samą mentalność widać np. na stacjach benzynowych, gdzie kolejka składa się tylko z dwóch osób, ale ktoś trzeci i tak próbuje ją ominąć. Podobna mentalność sprawia, że środkiem zatłoczonego chodnika idzie elegancka kobieta, idzie w taki sposób, jakby była na nim sama – jakby matki z dziećmi, starsi o laskach oraz ludzie z ciężkimi bagażami mieli jej ustępować drogi.

Mentalność, w której kierowcy zajmują jednym samochodem dwa miejsca do parkowania.

Słyszałem, że najtrudniej fotografować codzienność :-)

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

Zdjęcia ładne i nieładne

Prawie każdy, kto ma aspiracje by wyjść ponad tzw. amatorskie pstrykanie, uważa edukację fotograficzną za drogę do robienia zdjęć ładnych, pięknych, zachwycających i tak dalej. Te refleksje pojawiły się, gdy przeglądałem fotografie kolegi milka z portalu mmkrakow.pl, zrobione w Nikiszowcu. Komentarze do zdjęć mówiły o tym, jak smutne jest to miejsce i że widać to na zdjęciach. Złapałem się na tym, że ja również szukałbym podobnych obrazów – kadrów, które przedstawiałyby regularności, powtarzające się rytmy, kompozycje kolorystyczne itd. – czyli próbowałbym kreować obraz lepszy, niż wtedy, kiedy się tak po prostu rzuca okiem.

Zdałem sobie sprawę z tego, że fotografowie mają odruch szukania ładnych kadrów. To prawda, że od fotografii oczekujemy obrazu lepszego niż ten, który sami widzimy na co dzień. No bo po cóż zdjęcia, które pokazują po prostu to, co widać?

A jednak. Przygotowując cykl Kocham moje miasteczko zdałem sobie sprawę, że nie dostrzegam brzydoty mojego rodzinnego miejsca, że do niej przywykłem. Porównajcie dwa zdjęcia.

Pierwsze:

ładne zdjęcie z mojego miasteczka

Rynek w moim miasteczku

Drugie zdjęcie:

nieładne zdjęcie z mojego miasteczka

Blok mieszkalny w moim miasteczku

Widać różnicę w traktowaniu obrazu. To, że pierwsze zdjęcie jest czarno-białe nie ma akurat znaczenia. Sposób kadrowania, pora dnia, użyty szerokokątny obiektyw, zwiększenie kontrastu, które pozwoliło ukryć niedoskonałości – te zabiegi czynią ze zwykłego widoku – coś – więcej, niż zwykły obraz, dużo ładniejszy, niż rzeczywistość.

Natomiast drugie zdjęcie – to potraktowanie wprost tego, co widać. Obiekt centralnie, na wprost, bez kombinacji kompozycyjnych. To dokumentacja. Przechodząc obok tego bloku kilkakrotnie, przestaje się dostrzegać jego niedoskonałości i brzydotę. Przyzwyczajamy się. Dopiero zrobione zdjęcie ukazuje bezlitośnie stan rzeczy.

Cykl Kocham moje miasteczko może się wydawać zbiorem przypadkowych kadrów, przedstawiających jakieś koszmarne miejsce. Ale tak nie jest. Kadry i tak są dość zrównoważone i świadome, a zawierają subiektywną interpretację rzeczywistości. Tak naprawdę miasteczko nie odbiega od  średniej krajowej, może nawet ją przewyższa. Rozwija się, nawet mieszka w nim kilku milionerów :-)

Czasem warto odrobić ćwiczenie pt. Nie silę się na piękno. ;-)

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

“O rozkoszy”

W tym tygodniu to zdjęcie pojawiło się na krakowskich ulicach jako plakat przedstawienia “O rozkoszy” w reżyserii Macieja Wojtyszki, w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Patrząc na nie uśmiecham się i zastanawiam, jakimi drogami chodzi proces powstawania tym podobnych zdjęć. Od razu zastrzegam – nie uważam go za niesamowite, genialne, świetne itd. Niemniej jednak oddaje ono pewną główną myśl i sens spektaklu. Tomasz Międzik, jako myśliciel Diderot, z uniesioną ręką, bo właśnie wygłasza jedno ze swoich przemyśleń. Joanna Mastalerz, jako Katarzyna II, zaskakuje go, ona dobrze wie, czego chce, “idzie po swoje”, a on błyskawicznie daje się uwieść.

Gdyby tym podobne zdjęcia można było ściśle zaplanować… Ale aby zaplanować, należało by uczestniczyć w próbach. Na to nie ma szansy. Pozostają więc zwykle dwie próby generalne, na których dziś rzadko kto zważa na fotografa. Reżyser Maciej Wojtyszko okazał dużą pomoc ustawiając  kilka scen. A jednak to zdjęcie powstało podczas przebiegu, nie było pozowane. Zresztą, pozowane zdjęcia dość łatwo rozpoznać.

Pozostaje więc maksymalne skupienie, obserwacja i wyczucie tego, co za chwilę będzie się dziać. Tego nie da się przewidzieć, to się czuje. Dobre fotografie wynikają z atmosfery na scenie oraz tego, czy fotografowi uda się do niej dostroić. Czuje się wewnętrznie, że to, co zaraz będzie, to jest to, co trzeba koniecznie sfotografować. Trzeba iść “za wewnętrznym głosem”, bo w takich chwilach próby zrozumienia “po co i dlaczego” kończą się zmarnowaniem okazji. Można też powiedzieć, że ma to w sobie coś z loterii, w której jedni mają więcej szczęścia niż inni.

Ponieważ chodzi nie tylko o dobre technicznie zdjęcia, pokazanie twarzy aktorów, kostiumów, dekoracji. Ale przede wszystkim – relacji między postaciami, gdyż one tworzą przedstawienie. Czasem zdarza się, że te relacje jeszcze niezbyt dobrze funkcjonują, albo akurat na tej próbie – ich nie ma. Są natomiast takie chwile, kiedy trzeba się bardzo postarać, aby nie zrobić fajnych zdjęć. Aż się same proszą, bo cały zespół współgra i współczuje świetnie.

Na koniec, a propos relacji na scenie, cytat jednego z reżyserów: Jeśli coś na scenie się nie rusza, to mnie nie interesuje, bo to scenografia. Ja zajmuję się postaciami. ;-)

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

Człowiek w reklamie

Twarz ludzka przedstawia sobą jeden z najbardziej ekspresyjnych widoków. Jeśli w kadrze znajdzie się twarz ludzka, to przeważnie nadaje wyraz całemu zdjęciu.

Weźmy przykład dość “drastyczny” – reklamę gabinetu stomatologicznego. Jak pokazać zachęcająco gabinet stomatologiczny? Wybrałem parę stron, rzućcie okiem na zdjęcia na nich umieszczone.

Przykład 1 – chodzi o małe zdjęcia rozmieszczone w poziomie

Przykład 2 – zdjęcia podczas zabiegu

Przykład 3 – zdjęcia stomatologów pracujących w poradni

Przykład 4 – pięć zdjęć umieszczonych w pionie

Ad1 – dobrze zrobione zdjęcia pod względem oświetlenia, jakości fotografii. Dość czyste plany, choć na niektórych można by lepiej poukładać drobniejsze elementy. Patrząc jednak na te zdjęcia trudno oprzeć się wrażeniu, że przedstawiają narzędzia tortur, przygotowane do egzekucji. Brak ludzi tylko pogłębia to wrażenie.

Ad2 -  zdjęcia zrealizowane podczas zabiegu, na pierwszy rzut oka, wydawać się mogą jako najlepsza reklama… Personel skupiony, sprzęt nowoczesny… A jednak – przedstawiają one moment, którego nikt z nas nie chciałby uwieczniać. Czyli siebie na fotelu dentystycznym, w sytuacji dość nieestetycznej. Zdjęcia przypominają relację z “momentu egzekucji”.

Ad3 – umieszczenie zdjęć lekarzy mogło być ogromnym plusem pod warunkiem odpowiedniej ich realizacji. Tej akurat bardzo tu zabrakło… Gdybym miał już iść w Lublinie do tej poradni, to prosiłbym o wizytę u trzeciej pani od dołu :-)

Ad4 – popatrzcie na drugie zdjęcie. Jest trochę dziwne jak na sytuację reklamy, ale ma coś w sobie – pozytywny nastrój wnętrza, ciepłe kolory, jakiś obraz na ścianie. W kompozycji znalazł się człowiek, naturalnie zajęty pracą.

Popatrzcie też na ostatnie, piąte zdjęcie. Sytuacja, w której widz, czyli ja, wchodzę do gabinetu i napotykam wzrok szczerze uśmiechniętego lekarza, który choć zajęty pracą, to zwrócił uwagę na pacjenta. Pusty fotel, bez “nieszczęśnika”, ale mam ochotę na nim usiąść, bo jestem przekonany, że tu wszystko pójdzie jak najlepiej. Sytuacja w 100% naturalna. Wobec tego zdjęcia nawet fotografia z lewej szpalty przegrywa, ponieważ czuć w nim sztuczność i banał sesji zdjęciowej.

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

17 najlepszych zdjęć wg Newsweeka

W pierwszym numerze z tego roku na stronie nr 53 Newsweeka redaktor naczelny Marcin Mastelarz poleca: “Spośród milionów zdjęć opublikowanych w mijającym roku przez największe światowe agencje i najbardziej znanych fotografów wybraliśmy siedemnaście. Naszym zdaniem najciekawszych”.

Należą się słowa uznania za ogrom wykonanej pracy. Dla porównania – na konkurs World Press Photo zostało nadesłanych “zaledwie” 95 tysięcy zdjęć wykonanych przez 5 tysięcy fotografów. Z tego nikłego zestawu jury złożone z kilkunastu fotografów i obradujące przez dwa tygodnie, wybrało nie kilkanaście, lecz kilkadziesiąt zdjęć.

Nie sądzę, że ktoś choćby średnio zorientowany w fotoreportażu podjął się dyskusji na temat samego wyboru zdjęć. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na ich szokujące wręcz zestawienie – o ile oczywiście zatrzymać się i zastanowić przez chwilę nad sensem, meritum, które przedstawiają.

Strona 54 – ogromnie mocne, dramatyczne zdjęcie ojca z dzieckiem, który wybrał obóz dla uchodźców po to, aby nie zginąć. Tytuł zdjęcia: Obóz albo śmierć. Tuż obok, po drugiej stronie – zdjęcie poborowego do ukraińskiej armii, stojącego nago przed dwiema kobietami z komisji. To groteska rzeczywistości. Natomiast na górze – roześmiani żołnierze rosyjskiej armii oczekujący na odegranie inscenizacji defilady z 1941 roku. Czyli – teatr. Zasadniczy akcent tego zdjęcia to gra kompozycją, perspektywą, formami graficznymi. Zastanawiające jest zestawienie ludzkiego dramatu z groteską oraz teatralną inscenizacją.

Strona 57. Na górze – znów ludzka tragedia – ludzie uciekający w popłochu przed atakiem bombowym, smugi pocisków przeszywają niebo, rozpaczliwe pozy uciekających. Na dole – na pierwszy rzut oka – również dramatyczna scena – człowiek płynący ulicą w czerwonej cieczy. A jednak – ciecz okazuje się sokiem pomidorowym, a cała scena – doroczną zabawą w święto pomidora. Mam przeczucie, że o doborze tego zestawienia zdecydowało podobieństwo “obrazkowe”. Dwa zdjęcia stały się dobrze pasującymi wizualnie obrazkami, z pominięciem treści, które przedstawiają. Tymczasem ta treść tam istnieje, i gdzieś, zapewne w podświadomości widza, ulega spłaszczeniu, nawet zaprzeczeniu – nalot nie jest taki straszny, to taka zabawa podobna do tarzania się w sosie pomidorowym.

Oczywiście, że sposób publikacji prasowej nie może wykluczyć bliskich zestawień zupełnie przeciwstawnych uczuć, treści. Jednak redakcja ma duży wpływ na sposób prezentacji. Pytanie, jak stara się te możliwości wykorzystać.

Już skrótowo – str. 60 – święte pisuary nad Gangesem, duże zdjęcie znów posiadające pewien ładunek groteski. Po nim – małe zdjęcie przestraszonego kilkulatka, którego koledzy straszą zabawkowymi karabinami. Widać tylko cienie karabinów. Zdjęcie – dla mnie przerażające, o przerażeniu trudnym do wypowiedzenia, wykraczające swoim znaczeniem daleko poza przedstawiony obraz. A jednak znalazło się na przełomie stron, w malutkim formacie, przytłoczone od góry “świętymi pisuarami”.

Nie mogło zabraknąć zdjęcia z pogrzebu króla popu. Jest malutkie, obcięte i niczym się nie wyróżniające – poza tym, że są na nim bliscy Michaela. Do wielkich wydarzeń zaliczono wykarmienie przez maciorę dwóch tygrysiątek, oraz fakt, że “11 maja Zacharyd Boyd [żołnierz amerykański, misja w Afganistanie], którego alarm obudził w środku nocy, postanowił zaszokować talibów i ruszył do boju bez spodni, tylko w klapkach i bokserkach z napisami I love NY”.

Tak, z wyborem zdjęć trudno polemizować. Dobrze jednak jest pamiętać, że każdy zestaw fotografii mówi nie tylko o tematach przez nie poruszanych, ale chyba przede wszystkim o sposobie patrzenia, światopoglądzie i wrażliwości tego, kto dokonuje tego wyboru. W przypadku redakcji Newsweeka – bardziej interesujące wydaje mi się to drugie. ;-)

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter

O fotografowaniu na ulicy

O fotografowaniu ludzi, głównie w miejscach publicznych, kiedy nie ma możliwości, czasu zapytać ich o zgodę. A nawet samo pytanie o zgodę na tyle zaburza fotografowaną sytuację, że w należy je od razu wykluczyć.
Można oczywiście używać takich aparatów i w ten sposób, aby nikt nie zdał sobie sprawy, że jakiś fotograf pracuje w pobliżu. Ale tym razem nie o tym chciałbym pisać. Chciałbym opisać moje wrażenia z pracy nad zestawem Samotność w MPK.

na dworcu autobusowym

Zdjęcia z tego zestawu zostały zrobione lustrzanką cyfrową, dużym aparatem, którym wykonuje się zdjęcia przykładając go do oka. Ludzie wokół mnie nie mogli go nie zauważyć. Zdjęcia robiłem więc jawnie i otwarcie.

Przy tego rodzaju fotografowaniu dobrze jest zyskać pewną akceptację fotografa przez ludzi. Oczywiście można robić zdjęcia bez zwracania uwagi na reakcje, dopóki ktoś z tłumu nie zacznie nam zagrażać. Ale nie jest to uczciwe i nie buduje zaufania do fotoreportera. W moim przekonaniu fotoreporter robi zdjęcia tym, którzy to akceptują lub w taki sposób, żeby nie narażać innych na straty.

Stosunek fotografa do otoczenia da się wyczuć. Trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok – zupełnie otwarcie wyciągnąć aparat z torby i przyłożyć go do oka. W ułamku sekundy staje się jasne, kto będzie tolerował obiektyw, a kto nie. Tym, którzy sobie nie życzą, nie robię zdjęć.

A jednak są w tym również elementy “podchodów”, “polowania”, pewnej gry, czy choćby przekonywania. Sądzę, że fotograf całą swoją postawą daje sygnały tego, czy pozytywnie traktuje swoich “modeli”. Oni to czują i albo okazują zaufanie albo nie. Wykorzystuje się też efekt zaskoczenia, ale zawsze trzeba dać rodzaj pewności, że fotografowani są potraktowani godnie.

Powyższe zdjęcie zostało zrobione około sekundy po tym, jak kierowca autobusu powiedział do mnie “proszę pana!”. Wiedziałem, że chce zaprotestować, ale ja byłem już złożony do strzału. Podszedłem zresztą całkiem otwarcie pod autobus i spokojnie przyłożyłem się do kadru. Po pstryknięciu spokojnie zapytałem kierowcę “słucham?”. “Nie życzę sobie, żeby pan robił zdjęcie mojego autobusu”. “Rozumiem, oczywiście”. I odszedłem. Ale zdjęcie już miałem zrobione. Publikuję je dlatego, że na nim… prawie w ogóle nie ma autobusu! Jest odbicie w szybie i fragment dworca.

Z premedytacją zrobiłem to zdjęcie ponieważ dzień wcześniej miałem inną sytuację, w której niestety zrezygnowałem. W autobusie kontroler biletów podawał komuś mandat. Już miałem aparat przy oku, kiedy on powiedział “czy może pan nie robić zdjęć?”. Nie pstryknąłem, odpowiedziałem mu: “oczywiście”, i to był niestety koniec. Gdybym jednak zrobił zdjęcie (na którym nie było by twarzy, żadnych szczegółów rozpoznawczych i nikomu by nie zaszkodziło), to miałbym fajną sytuację. A tak – nie mam. ;-)

Digg This
Reddit This
Stumble Now!
Buzz This
Share on Facebook
Bookmark this on Delicious
Share on LinkedIn
Bookmark this on Technorati
Post on Twitter