Bez retuszu

Od dziś wiadomo już, że ukaże się książka Artura Domosławskiego Kapuściński non-fiction, wydana ostatecznie przez Świat Książki. Newsweek z 28 lutego 2010 poświęca jej sporo uwagi, rozpoczynając artykułem Piotra Bratkowskiego Koniec pewnej bajki. Alicja Kapuścińska, żona sławnego reportera, próbowała zablokować publikację tej książki.

Myślę, że cykl trzech artykułów Newsweeka zasługuje na szczególną uwagę właśnie ze względu na to, że wspiera Artura Domosławskiego w jego sposobie patrzenia na Cesarza Reportażu. Bo książka (opieram się tutaj na tekstach Newsweeka) jest konsekwentnie zrealizowanym spojrzeniem na Ryszarda Kapuścińskiego jako na człowieka przede wszystkim, nie zaś bohatera, wielkiego reportażysty czy pisarza z jednej strony, lub  współpracownika służb bezpieczeństwa, reportera fabrykującego fakty lub człowieka manipulującego innymi, z drugiej strony. Piotr Bratkowski ubolewa nad tym, że ciągle jesteśmy skłonni do postrzegania postaci w kategoriach zero-jedynkowych, mamy tendencję do mitologizowania naszych bohaterów narodowych, jak również bezwzględnej pogardy wobec tych, których poprzez powierzchowną obserwację uznamy za nikczemnych, tchórzy itd.

Cóż, uproszczenia są odruchem mas. Nie sądzę, aby w najbliższej przyszłości miało się to zmienić, gdyż subtelność oceny nieprzeciętnych, wielkich ludzi ciągle jest przywilejem innych nieprzeciętnych i wielkich ludzi. Bratkowski przewiduje, że książka będzie srodze krytykowana przez obie strony, mające przeciwstawne postawy wobec Mistrza. Ale na pewno znajdą się i ci, którzy docenią dążenie Artura Domosławskiego do prawdy o człowieku i powstrzymywanie się od kategorycznych ocen.

Jakże brakuje wśród twórców mediów postaw wyważonych. Takich, które nie retuszują każdej zmarszczki i nie wybielają skóry, ale również – nie doprawiają rogów.

Niepełnosprawni nie są jak sprawni!

Interpelacja w sprawie świadczeń NFZ

(Zdjęcia często nie wystarczą. Oto mój reportaż poświęcony walce lekarzy i rodziców o finansowanie leczenia ortodontycznego dzieci niepełnosprawnych. Tekst ukazał się m.in. na portalu mmKrakow.pl)
Krakowska Poradnia Stomatologiczna

Mała Julia przy fotelu stomatologicznym

Ta sprawa powraca po raz kolejny w ciągu ostatnich lat. Narodowy Fundusz Zdrowia odmawia szczególnego finansowania leczenia ortodontycznego dzieci niepełnosprawnych i traktuje je na równi z dziećmi zdrowymi. Lekarze Krakowskiej Poradni Stomatologicznej, którzy od kilkunastu lat specjalizują się w tej dziedzinie, załamują ręce. Przecież dzieci z niedorozwojem, np. z zespołem Downa czy porażeniem mózgowym, wymagają kilkakrotnie więcej czasu, nakładów oraz specjalistycznej, wręcz unikalnej wiedzy lekarskiej.

Mówi dr Ewa Szklarska, kierownik Poradni:

- Wizyta dziecka zdrowego zamyka się średnio w około piętnastu minutach. Natomiast w przypadku dziecka niepełnosprawnego wszystkie etapy leczenia wydłużają się kilkakrotnie. Sama ilość dokumentacji, z którą musi się zapoznać lekarz, jest o wiele większa. Ponieważ często rozwój dziecka jest opóźniony, opóźniony i zaburzony jest również rozwój uzębienia, co jest niezgodne z przedziałami wiekowymi wyznaczonymi przez NFZ. Wyższe muszą być również kwalifikacje lekarza. Te względy sprawiają, że traktowanie dzieci niepełnosprawnych na równi ze zdrowymi jest wielkim nieporozumieniem.

W ciągu kilkunastu lat praktyki lekarze zgromadzili doświadczenie, które pozwoliło na stworzenie autorskiego, całościowego programu leczenia, a efekty jego stosowania sprawiły, że do Poradni przyjeżdżają rodzice z dziećmi z całej południowej Polski. Osiągnięcia zespołu lekarskiego Przychodni są prezentowane na konferencjach i zjazdach stomatologów w Polsce.

Krakowska Poradnia Stomatologiczna

Grzegorz i Adam wraz z mamą

- Zajmujemy się dziećmi z zespołem Downa właściwie od ich urodzenia – mówi dr Elżbieta Radwańska, konsultant naukowy, ortodonta z ponad dwudziestoletnim stażem. – W pierwszym roku życia tworzą się podstawowe odruchy czynności oddychania, ssania, połykania, żucia, mowy. A u tych dzieci cały układ somatognatyczny pracuje nieprawidłowo. Tak więc od samego początku próbujemy poprawiść jego czynność, a co za tym idzie, również budowę.

Będąc w Poradni nie sposób nie zauważyć, że dzieci chętnie wchodzą do gabinetu, nie obawiając się lekarza ani fotela dentystycznego.

- Jest to wynikiem naszego doświadczenia – mówi dr Radwańska. – Konieczna jest wiedza z dziedziny psychologii, jak również szczególne predyspozycje lekarza, który musi nawiązać kontakt z dzieckiem, aby ono pozwoliło się leczyć. Znaczenie ma tutaj nawet wystrój gabinetu. Te dzieci są trudnymi pacjentami i przede wszystkim potrzebny jest czas. Zdarza się, że wizyta musi trwać półtorej godziny, gdyż oprócz rozpoznania i badania konieczne jest poinstruowanie rodziców, nauczenie ich tego, jak ćwiczyć, układać, masować. Nie może być tak, że jestem ograniczona w możliwości przyjęcia pacjenta przez przydzielony mi przez NFZ limit. Ja i tak przyjmuję wszystkie dzieci, czym sprawiam tylko kłopot Przychodni – śmieje się dr Radwańska.
- U nas tworzą się więzy przyjaźni z pacjentem. Lekarz musi wysłuchać wszystkiego, co rodzice mają do powiedzenia – o ważnych wydarzeniach rodzinnych, osiągnięciach, ponieważ to buduje dobrą atmosferę, która przekłada się na wyniki leczenia.

Gabrysia i dr Elżbieta Radwańska

Dr Ewa Szklarska:
- Dużo czasu i wysiłku poświęciliśmy, by stworzyć nasz program. Przez to pacjent niepełnosprawny stał się nam bliski, rozumiemy go, umiemy z nim współpracować. Jest to ogromna satysfakcja. I szkoda byłoby tego zaprzepaścić. Zwłaszcza, że liczba pacjentów, których mamy obecnie pod opieką sięga 900.

Pomoc w finansowaniu leczenia oferuje Stowarzyszenie „Bądźcie z nami”, którego prezes, Cecylia Chrząścik, walczy o przyznanie przez NFZ dzieciom niepełnosprawnym szczególnego statusu.
- Pomagamy dzieciom finansując leczenie z naszych funduszy. Jednak potrzeby są ogromne i jesteśmy w stanie pomóc tylko niewielkiej grupie dzieci. Koszt jednego aparatu może sięgać trzech tysięcy złotych, nie licząc wizyt i innych wydatków. Dlatego podejmujemy walkę w sejmie o wydzielenie grupy dzieci niepełnosprawnych w leczeniu ortodontycznym.

Stowarzyszenie zostało zaproszone przez Przewodniczącego Parlamentarnego Zespołu ds. Osób Niepełnosprawnych – Posła na Sejm RP – Marka Plurę oraz Prezesa Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Rodzin Osób Niepełnosprawnych „Razem możemy więcej” – Jolantę Martykę do udziału w konferencji na temat: „Wykluczenie społeczne rodziców/opiekunów niepełnosprawnych dzieci i dorosłych oraz sposoby przeciwdziałania”.

- W chwili obecnej wszystkie dzieci powyżej 13-stego roku życia nie są objęte opieką ortodontyczną – mówi Cecylia Chrząścik. – W tym trudniejszej sytuacji są dzieci niepełnosprawne. Dlatego zwracamy się z prośbą o interpelację do posła na Sejm RP Zbysława Owczarskiego w sprawie wyodrębnienia grupy dzieci niepełnosprawnych poprzez stworzenie dla nich osobnej puli punktów oraz ich wycenę w NFZ.

Rodzice i dzieci z ogromną nadzieją oczekują poprawy sytuacji. Na zmianę stanowiska NFZ czekają również lekarze, których doświadczenie i zaangażowanie zostałoby w pełni wykorzystane.

Ania i Julia, małe pacjentki, fot. materiały poradni

Najtrudniej – codzienność

Jak sfotografować ludzi kłębiących się do autobusu, który właśnie podjechał na stanowisko? Nie chodzi o zdjęcie ludzi po prostu, chodzi o to, jak oddać obrazem mentalność, która każe ludziom przepychać się, walczyć o miejsce w sytuacji, gdy… miejsc starczy dla wszystkich.

Tak, to zadziwiające :-) a jednak się zdarza i to nie tak rzadko w naszej rzeczywistości. Jakieś przekonanie, że bez walki niczego się nie dostanie…? Czy już nawyk? Tę samą mentalność widać np. na stacjach benzynowych, gdzie kolejka składa się tylko z dwóch osób, ale ktoś trzeci i tak próbuje ją ominąć. Podobna mentalność sprawia, że środkiem zatłoczonego chodnika idzie elegancka kobieta, idzie w taki sposób, jakby była na nim sama – jakby matki z dziećmi, starsi o laskach oraz ludzie z ciężkimi bagażami mieli jej ustępować drogi.

Mentalność, w której kierowcy zajmują jednym samochodem dwa miejsca do parkowania.

Słyszałem, że najtrudniej fotografować codzienność :-)

Zdjęcia ładne i nieładne

Prawie każdy, kto ma aspiracje by wyjść ponad tzw. amatorskie pstrykanie, uważa edukację fotograficzną za drogę do robienia zdjęć ładnych, pięknych, zachwycających i tak dalej. Te refleksje pojawiły się, gdy przeglądałem fotografie kolegi milka z portalu mmkrakow.pl, zrobione w Nikiszowcu. Komentarze do zdjęć mówiły o tym, jak smutne jest to miejsce i że widać to na zdjęciach. Złapałem się na tym, że ja również szukałbym podobnych obrazów – kadrów, które przedstawiałyby regularności, powtarzające się rytmy, kompozycje kolorystyczne itd. – czyli próbowałbym kreować obraz lepszy, niż wtedy, kiedy się tak po prostu rzuca okiem.

Zdałem sobie sprawę z tego, że fotografowie mają odruch szukania ładnych kadrów. To prawda, że od fotografii oczekujemy obrazu lepszego niż ten, który sami widzimy na co dzień. No bo po cóż zdjęcia, które pokazują po prostu to, co widać?

A jednak. Przygotowując cykl Kocham moje miasteczko zdałem sobie sprawę, że nie dostrzegam brzydoty mojego rodzinnego miejsca, że do niej przywykłem. Porównajcie dwa zdjęcia.

Pierwsze:

ładne zdjęcie z mojego miasteczka

Rynek w moim miasteczku

Drugie zdjęcie:

nieładne zdjęcie z mojego miasteczka

Blok mieszkalny w moim miasteczku

Widać różnicę w traktowaniu obrazu. To, że pierwsze zdjęcie jest czarno-białe nie ma akurat znaczenia. Sposób kadrowania, pora dnia, użyty szerokokątny obiektyw, zwiększenie kontrastu, które pozwoliło ukryć niedoskonałości – te zabiegi czynią ze zwykłego widoku – coś – więcej, niż zwykły obraz, dużo ładniejszy, niż rzeczywistość.

Natomiast drugie zdjęcie – to potraktowanie wprost tego, co widać. Obiekt centralnie, na wprost, bez kombinacji kompozycyjnych. To dokumentacja. Przechodząc obok tego bloku kilkakrotnie, przestaje się dostrzegać jego niedoskonałości i brzydotę. Przyzwyczajamy się. Dopiero zrobione zdjęcie ukazuje bezlitośnie stan rzeczy.

Cykl Kocham moje miasteczko może się wydawać zbiorem przypadkowych kadrów, przedstawiających jakieś koszmarne miejsce. Ale tak nie jest. Kadry i tak są dość zrównoważone i świadome, a zawierają subiektywną interpretację rzeczywistości. Tak naprawdę miasteczko nie odbiega od  średniej krajowej, może nawet ją przewyższa. Rozwija się, nawet mieszka w nim kilku milionerów :-)

Czasem warto odrobić ćwiczenie pt. Nie silę się na piękno. ;-)

„O rozkoszy”

W tym tygodniu to zdjęcie pojawiło się na krakowskich ulicach jako plakat przedstawienia „O rozkoszy” w reżyserii Macieja Wojtyszki, w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Patrząc na nie uśmiecham się i zastanawiam, jakimi drogami chodzi proces powstawania tym podobnych zdjęć. Od razu zastrzegam – nie uważam go za niesamowite, genialne, świetne itd. Niemniej jednak oddaje ono pewną główną myśl i sens spektaklu. Tomasz Międzik, jako myśliciel Diderot, z uniesioną ręką, bo właśnie wygłasza jedno ze swoich przemyśleń. Joanna Mastalerz, jako Katarzyna II, zaskakuje go, ona dobrze wie, czego chce, „idzie po swoje”, a on błyskawicznie daje się uwieść.

Gdyby tym podobne zdjęcia można było ściśle zaplanować… Ale aby zaplanować, należało by uczestniczyć w próbach. Na to nie ma szansy. Pozostają więc zwykle dwie próby generalne, na których dziś rzadko kto zważa na fotografa. Reżyser Maciej Wojtyszko okazał dużą pomoc ustawiając  kilka scen. A jednak to zdjęcie powstało podczas przebiegu, nie było pozowane. Zresztą, pozowane zdjęcia dość łatwo rozpoznać.

Pozostaje więc maksymalne skupienie, obserwacja i wyczucie tego, co za chwilę będzie się dziać. Tego nie da się przewidzieć, to się czuje. Dobre fotografie wynikają z atmosfery na scenie oraz tego, czy fotografowi uda się do niej dostroić. Czuje się wewnętrznie, że to, co zaraz będzie, to jest to, co trzeba koniecznie sfotografować. Trzeba iść „za wewnętrznym głosem”, bo w takich chwilach próby zrozumienia „po co i dlaczego” kończą się zmarnowaniem okazji. Można też powiedzieć, że ma to w sobie coś z loterii, w której jedni mają więcej szczęścia niż inni.

Ponieważ chodzi nie tylko o dobre technicznie zdjęcia, pokazanie twarzy aktorów, kostiumów, dekoracji. Ale przede wszystkim – relacji między postaciami, gdyż one tworzą przedstawienie. Czasem zdarza się, że te relacje jeszcze niezbyt dobrze funkcjonują, albo akurat na tej próbie – ich nie ma. Są natomiast takie chwile, kiedy trzeba się bardzo postarać, aby nie zrobić fajnych zdjęć. Aż się same proszą, bo cały zespół współgra i współczuje świetnie.

Na koniec, a propos relacji na scenie, cytat jednego z reżyserów: Jeśli coś na scenie się nie rusza, to mnie nie interesuje, bo to scenografia. Ja zajmuję się postaciami. ;-)